3 kwietnia 2017

Klimatyczny napad na bank / Jerzy Edigey "Walizka z milionami"

*

Uwaga, uwaga! Spółdzielczy Bank Ludowy w Łowiczu obrabowany! Po drodze strzały! Cztery miliony wyparowały, podobnie jak czterech „bandziorów”. Wszystko idzie jak z płatka i wydaje się, że teraz została już najłatwiejsza i najprzyjemniejsza część: nacieszyć się „nalepkami” (tj. forsą). Jednak „jak to często w życiu bywa, jeden głupi przypadek pokrzyżował idealnie skonstruowane plany.” Zaczyna się pasmo nieszczęść, pecha i wszystko jest nie takie jak być powinno. Wygrana smakuje gorzko a przyznanie się do porażki, z czasem, wydaje się najlepszą opcją.


Edigey należał do czołówki pisarzy tzw. polskiej powieści milicyjnej; I gdyby nie śmierć w wypadku samochodowym, z pewnością stworzyłby więcej niebanalnych kryminałów.

Tym razem to nie jest książka w stylu Agathy Christie (patrz: "Pensjonat na Strandvägen" Edigeya). Tym razem to świetny kryminał osadzony w polskich realiach. Lata 70-te; milicja obywatelska, paski klinowe do fiatów na wagę złota, zapisy na 3 lata do przodu i wiele innych smaczków. Jerzy Edigey zna się na ludziach, co udowodnił w tej historii, wystarczy spojrzeć na postaci „bandziorów”.

Książka jest oczywiście pisana na serio, niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku. Jednak ja od początku jakoś miałem mimowolnie uniesione kąciki ust podczas czytania. Właściwie trudno powiedzieć dlaczego, chyba ta historia podszyta jest dużą dawką humoru, budzi sentyment, wywołuje wspomnienia z własnego życia lub z opowieści naszej rodzinnej starszyzny. Są pewne zwroty i sceny nie do podrobienia – główna w tym zasługa minionej epoki, dawnego ustroju, ale także samego autora.

Bardzo dobre jest rozwijanie fabuły z punktu widzenia danego bohatera, następnie cofanie się, aby swój punkt widzenia tego samego opowiedziała inna postać. Najlepiej to się sprawdza, gdy długo nie mamy wieści od danej osoby, ciekawość automatycznie wzrasta, bo akcja toczy się dalej, a my nie wiemy, co dzieje się w tym czasie u pozostałych. Na koniec wszystkie relacje zbiegają się w jeden punkt prowadząc do pasjonującej rozgrywki.

Kawał zagadki; historia rozrasta się zaskakująco, a autor dba abyśmy z każdą stroną wiedzieli mniej. Dosłownie do ostatniego zdania nie wiadomo, kim jest morderca…. chyba, że komuś uda się rozgryźć go wcześniej, co będzie dużą sztuką.
Pościgi warszawy za wartburgiem w biały dzień! Warszawy są skazane na porażkę, wartburg jest o wiele szybszy, a może go dogonić tylko fiat! Co za przeżycie. To trzeba przeczytać!
Dla miłośników tego, co odeszło.


Ocena: 7,5/10


*  http://50watts.com/1201379/Baba-Jaga-Gubi-Trop-Crime-Novel-Covers-from-Poland



Spotkajmy się w Darłowie / Leopold Tyrmand "Siedem dalekich rejsów"

*
Z cyklu: 
Miło mi pana poznać… 
Leopold  TYRMAND


**














Wszystko zaczyna się od pociągu do Darłowa i od dwójki obcych sobie pasażerów płci różnej, a potem od słów:   

"-Podoba mi się pański płaszcz – powiedziała.
 -Mnie się podoba pani i płaszcz – uśmiechnął się Nowak."

„Wszystko rozgrywa się na tle malowniczego portowego miasteczka, Darłowa, zanurzonego w powojennej atmosferze niepewności i strachu w obliczu nowej władzy, likwidującej krok po kroku prywatną własność. [...] Ona – historyk sztuki z Warszawy, on – człowiek bez imienia, zwany Nowakiem, właściwie znikąd, dziennikarz, myślący o ucieczce z komunistycznego kraju.” Rodzące się uczucie, rywalizacja płci, a w tle  poszukiwania zaginionego tryptyku Eryka Pomorskiego.

Tyrmand przeciwstawia spontaniczne zauroczenie prozie życia, karierze i obowiązkom. Zmusza bohaterów do dokonywania wyborów. Forma i treść, optymizm i pesymizm, spontaniczność i odpowiedzialność walczą ze sobą w tej książce nieustannie.

Sugestywne jest to, iż Tyrmand na początku książki wymienia wszystkich swoich bohaterów (tak też uczynił w „Złym”), dodajmy do tego mnogość dialogów, kameralność dzieła, okrojoną 'obsadę', powściągliwe deskrypcje oraz fakt, że akcja rozpościera się na zaledwie 3 dni, a otrzymamy wyraźne skojarzenie z dramatem.

Książka wydana blisko 20 lat po napisaniu, jej pierwsza część powstała w 1952 r. po czym trafiła do szuflady. Pięć lat później, za sprawą warszawskiego „Czytelnika”, Tyrmand decyduje się dopisać ciąg dalszy. Wydawnictwo wydrukowało książkę, lecz nie wydało jej „na skutek interwencji cenzury. Uzasadnienie konfiskaty: pornografia i obrona inicjatywy prywatnej”.

A co na to autor, czyli krytyka komunizmu i zwalczania własności prywatnej:

„Będziemy razem budować nową Polskę. Rzecz jasna, najprzód trzeba tu będzie wiele wyplenić, a nawet zniszczyć. Rzecz jasna, będą o nas mówić rzeczy potworne, przypiszą nam każdą okropność, my jednak wiemy, że liczy się coś innego, a nie plugawa wyobraźnia ziejących nienawiścią przekupek. Lecz ktoś musi zrobić brudną robotę, jeśli chcemy pozostać Polakami. Po czym przystąpimy do budowania.”

Cenzura zatrzymała książkę za „pornografię”. Zarzut słuszny? Dziś na pewno śmieszny.   
Największą uwagę pisarz poświęca, rzecz jasna, losom dwójki głównych bohaterów oraz zastanej sytuacji politycznej prowadzącej do strachu i niepewności, tj. powoli zamykająca się paszcza komunizmu, mająca wpływ nie tylko na występujące na kartach postacie, ale też na samo Darłowo; poza tym nie ma tu żadnej rzekomej pornografii, jak uważała cenzura; czynów erotycznych jest niewiele, więcej nawet dyskusji o nich: zarówno te damsko-męskie, jak i te pośród samców wypadają bardzo korzystnie. "Siedem dalekich rejsów" to też rozważania o nowej epoce erotyzmu i porównanie ówczesnej z tą minioną. Dziś - to jest w 1950r.- łóżko „zdewaluowało się i upowszechniło”. Modny wtedy duch warietyzmu odchodzi na rzecz „procesu poszukiwania jakiejś etyki”.

„Zmieniają się warunki, a wraz nimi formy. […] Dawne reguły gry już nie obowiązują, ale nowych jeszcze nie ma.”       
                                                                                   
Przekomarzanie się damsko-męskie, przeciąganie liny – które w „Złym” było wplecione w większą całość i może dlatego tak bardzo fascynowało, frapowało – stanwowi tutaj praktycznie główną oś książki. Mimo że autor wyraźnie przełamuje schemat stereotypowego romansidła, to momentami nie udaje mu się uniknąć nastroju tkliwości, ale jest to jak najbardziej do przełknięcia. 
Natomiast absolutnie nie godzę się na termin „miłość” w kontekście tej książki. Zauroczenie, a nawet pożądanie? To już inna sprawa. Zważywszy na tak krótki czas akcji, tę rzekomą „miłość” należy uznać za rzecz umowną, symboliczną. 
Autor na szczęście nie wniósł do swojego dzieła niczego amerykańskiego: ani doskonałych, bezbłędnych bohaterów, ani idealnych, lukrowych i koszmarnie przewidywalnych zakończeń.

To książka świetnie skrojona, zero zbędnych scen. Do tego niezmiernie kameralna – wpływ na to miało nie tylko samo Darłowo, ale także niewielka liczba żywych, wyrazistych bohaterów. 
Rzeczywiście, jest lekko zabawna, a Tyrmand pisze jakby od niechcenia, zgrabnie, o sprawach ważkich, umiejętnie o nieprzewidywalności życia i jego dwóch twarzach. Innymi słowy, raz szara proza, kiedy indziej poezji doza.

„-Jaka pani jest śliczna… Nie ciągnie panią do wielkiego miasta?
-Po co?
-Szybkość życia, różnorodność zmian, kawiarnie, kina, interesujący mężczyźni…
-Proszę pani, u nas, w Darłowie, jest kino. Dwa razy w tygodniu.”

2 kwietnia 2017

Chmielarz jakiego nie znacie / Wojciech Chmielarz "Królowa głodu"

*
Wojciecha Chmielarza jeśli znacie, to pewnie z kryminałów. Młody pisarz zbiera dobre oceny za swojego Jakuba Mortkę, teraz doszedł „Wampir” – też kryminał, ale trochę z innej beczki. Ale co można powiedzieć o „Królowej Głodu”, jego piątej książce? Że to podręcznikowy przykład „skoku w bok”, że coś innego, zaskakującego. Eksperyment czy planowane działanie? Czy będzie coś więcej w tym kierunku? Na to ostatnie pewnie wielu (ze mną włącznie) chciałoby poznać odpowiedź.



Jak patrzę na rodzaj twórczości Polaka oraz jego wiek, od razu przychodzi mi na myśl porównanie z Michaelem Korytą – również młodym, amerykańskim autorem, który zaczął jeszcze wcześniej od Chmielarza serią thrillerów i tak samo, a nawet bardziej udanie od naszego rodaka. Na pewno o nim wkrótce usłyszycie. Przechodząc do meritum, Koryta identycznie jak Chmielarz pokusił się o eksperymentowanie (nawet dwukrotnie „skoczył w bok”) w postaci „Tajemnic rzeki Lost River” oraz „Pod cyprysami”. Jego seria thrillerów zrobiła na mnie wielkie wrażenie (większe niż kryminały Chmielarza) jednak w swoich eksperymentach wypadł znacznie mniej okazale. Połączył ze sobą zbyt wiele elementów, nie potrafiąc tego skondensować ani okiełznać; w przeciwieństwie do Polaka, który ku uciesze swoich fanów, napisał przemyślane, spójne  i ciekawe dzieło.

W skrócie, to HISTORIA WALKI o dawne Księstwo Kuźni – obecnie ziemię niczyją, która stanowi „bufor” między dwoma mocarstwami. Wojny zmieniły ziemie dawnego księstwa Kuźni Zachodu w istne pobojowisko. Na obszarze tym, z gruzów, powstała Kaźń – symbol ludzkiej chciwości oraz marzeń o potędze, do której z daleka przybywa z misją odnalezienia pewnego przedmiotu młody Holender, Bram. Poszukiwania, z każdą stroną książki, coraz bardziej się komplikują, a nasz główny bohater będzie musiał zmierzyć się z wieloma przeciwnościami losu.

„Królowa Głodu” to opowieść, której realia najbardziej odpowiadają epoce średniowiecza. Zauważyłem, że niektórzy zakwalifikowali książkę po części jako western – może dlatego, że jest postać szeryfa i „gorączka złota”, tylko w trochę innym wydaniu. Osobiście daleki jestem od twierdzenia, że „Królowa Głodu” ma wiele wspólnego z westernem, np. szeryfa odbierałem jako gubernatora Kaźni, jej zarządcę; ale to już kwestia indywidualnego odbioru. Dla mnie „Królowa Głodu” to przygodowa powieść fantasy z elementami horroru. Zapomniałem dodać, że będzie też trochę postapokaliptycznie; w końcu jesteśmy po dwóch wielkich wojnach, a gdzieś w tle szykuje się następna. Z początku przypomina mi niedawno czytaną „Zjawę” M. Punke’a a pod koniec drugą część „Władcy Pierścieni: Dwie wieże”.

Spotkamy ludzi wielu nacji (narodowość jest ważna, określa miejsce, które obierzesz w wojnie oraz jest symbolicznym zbiorem cech, które przypisuje się danemu reprezentantowi narodu), dzikie zwierzęta oraz garść człeko- i zwierzo- kształtnych stworów. Będzie też niewielki, ale bardzo istotny dla całej fabuły, wątek sił nadprzyrodzonych. Jeśli szykujecie się na jatkę, ciągłe mordobicia, tryskającą non stop krew to będziecie srodze zawiedzeni. To ludzie będą odgrywać kluczowe role, zaś potwory bardziej będą stanowić uzupełnienie historii oraz symbolizować brutalność w książce. Ponadto nie uświadczymy tutaj ckliwych wątków romantycznych – hura!
BOHATEROWIE. Tutaj zauważalne są stereotypowe postacie, choć to nie znaczy, że będą one słabym punktem książki. Przyzwyczajając czytelnika do pewnych schematów, Chmielarz może zagrać mu na nosie, jeśli ten zbyt mocno zawierzy swoim stereotypowym osądom, co do wykreowanych bohaterów i ich zachowań. Polak mocno zindywidualizował swoje postacie, co objawia się w cechach osobowości, zachowaniu a nawet samych dialogach – kto nie odróżni kwestii Ellen od Sirena, ten ma naprawdę kiepski dzień. Ogólnie, bohaterowie wypadają korzystnie, są barwni, nie sposób ich pomylić i o wiele łatwiej wskazać tych, którzy wypadają na plus, niż tych, którzy zawodzą. Na przekór – główny bohater wcale nie świeci najmocniejszym światłem i wcale nie wypada najlepiej. Na pierwszy plan, w swoim czasie, wyjdą inni. Chmielarz korzysta z dorobku „kryminalnego” i żongluje swoimi bohaterami, raz eksponując jednego, żeby zaraz palmę pierwszeństwa przejął ktoś inny. Stara się pokazać ewolucję swoich postaci oraz to, jak zmienia się ich wartość dla fabuły. Tutaj każdy ma swoje własne tajemnice i intrygi, przez co trudno niekiedy o ich jednoznaczną ocenę. 

Patchworkowy Tyrmand / Leopold Tyrmand "Pokój ludziom dobrej woli..."

Z cyklu: 
Miło mi pana poznać… 
Leopold  TYRMAND

*

**









Leopold Tyrmand to nie tylko powieści. To też publicystyka, a nawet dramat. „Pokój ludziom dobrej woli” to wydane najpierw (tylko) w polskiej prasie teksty z lat 40., 50. i 60., które Wydawnictwo MG zebrało, opakowało jak przystało na współczesne realia, tj. w twardą oprawę, wygodną czcionkę oraz lekko beżowy papier - czyli podobnie jak  w przypadku innych dzieł pisarza - by powstała owa książka. 
Gdybym miał przylepić jej etykietę, brzmiałaby ona tak: różnorodność miejsca, czasu i formy. Sięgnąłem po nią, gdyż Tyrmand dotychczas wypadał w moich oczach świetnie, ponadto była pod ręką i zyskała pierwszeństwo przed „Filipem”, jako (potencjalnie) krótka, niezobowiązująca pozycja na drodze ku lepszemu poznaniu tego nietuzinkowego twórcy.
Nie widzę powodu, aby dalej tkwić w tym wstępie, dlatego serdecznie zapraszam za kulisy.

Pod koniec wojny Tyrmand pływał jako marynarz wzdłuż zachodnich wybrzeży Norwegii, robił za stewarda w niepływającym statku; obchodził Wigilię w roli kucharza okrętowego, z dala od ojczyzny, pośród załogi, do której miano „tygiel narodów” pasuje znakomicie. Często był jedynym Polakiem na pokładzie. O wybuchu i przebiegu powstania warszawskiego słyszy tylko z radia, dzięki powstańczej radiostacji, albo z tego, co zasłyszeli inni. Po drodze pobyt w Grini. Warto przekonać się, jak może czuć się w takich okolicznościach młody człowiek, Polak. Początek zbioru przesycony jest emocjami. Mowa o trzech pierwszych pozycjach, które przez to, że zajmują niewiele stron, nie pozwalają (przynajmniej mi) na zadomowienie się w nich. Na szczęście są ze sobą powiązane. Ostatnią rzeczą, jaką należałoby zrobić w stosunku do tych tekstów, to przyznać im "gwiazdki"… Albo chce się zapoznać z tymi konkretnymi przeżyciami Tyrmanda, albo nie. Swoją drogą, można traktować to jako przedsmak „Dziennika 1954”, podobnie zresztą jak następną pozycję – „Kolacja”- która mimo wszystko odznacza się nieco lżejszym ciężarem emocjonalnym oraz wydźwiękiem w ogóle. Leopold jest tym razem kelnerem w jednej z restauracji Frankfurtu. I nie dość, że ten jego epizod skojarzył mi się z filmem „Zaklęte rewiry”, to dodatkowo dowiadujemy się, że owa „Kolacja”, nieco zmieniona, stanowi także część innej książki pisarza, tj. „Filipa”, którą też mam zamiar przeczytać, zachęcony tym bardziej powyższym fragmentem. Może odrobinę za dużo zdradzam z niektórych utworów, jednak tu nie o odkrywanie fabuły przede wszystkim chodzi, lecz o emocje autora tak sugestywnie przelewane na papier, o jego ponadprzeciętny talent prozatorski, o czym świadczą następne pozycje zbioru, jedna po drugiej.

Wreszcie kolej na „Ziutek nie chce spekulować”, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tyrmand zgłasza w tym miejscu akces do bycia fantastycznym wykładowcą – jednym z tych, których studenci kochają. Wychodząc od pewnej teczki, dostarcza nam znakomity wywód odnośnie gospodarki, okraszony szeregiem osobistych refleksji. Uważam, że właśnie od Ziutka możemy, a nawet powinniśmy wystawiać autorowi oceny za kolejne zawarte w tym zbiorze propozycje.

Następne dwa tytuły - „Zatoka dobrych kąpieli” oraz „Żegluga na jachcie Cudowne zmęczenie nr 3” - łączy fakt, iż zostały wydrukowane w „Tygodniku Powszechnym” oraz tematyka: woda, żegluga, podróż. Ujawnia się nam niewątpliwa tyrmandowska smykałka obserwacyjna w parze z talentem sprawozdawczym: niezwykle magnetyzujący i prześmiewczy opis pobytu w Zatoce Gdańskiej, albo gdy Leopold otrzymuje zaproszenie na Mazury. Na podstawie dwóch tekstów widać, że pisarz nieco „odżywa” wraz z nadejściem lat 50. Swoją drogą, gdyby takie artykuły były aktualnie na porządku dziennym, czytałbym gazety!   

„Ta noc na redzie Czarciej Wyspy przypominała mi noce czasu wojny w bombardowanej Nadrenii. Leżysz w ciemnościach i serce ci drży w oczekiwaniu ciosu, nie wiadomo skąd. Nagle z dali słychać cieniutki brzęczący warkot komarowych silników. Nadlatuje eskadra tych nocnych morderców. Brzęczenie staje się coraz głośniejsze, jest tuż koło ucha, zrywasz się w panice, wymierzasz na oślep uderzenia w mroku, trafiasz własną szczękę, a tu – bęc! – ukąszenie spada, jak bomba, w odkrytą łydkę. Chwila spokoju, nowy nalot i nad ranem oglądasz swe zdefasonowane nogi jak zbombardowane zgliszcza.”                                                                                 
Powyższy fragment nie tylko stanowi próbkę możliwości autora, ale także, jak sądzę, pokazuje dystans, jaki zyskał Tyrmand wobec wojny, wlewając prześmiewczość do żywych otworów wspomnień.

W „Liście do Amandy” porusza pisarz kwestię biustonosza… czyli „jak kawałek materii może raz jeszcze stać się motorem ludzkiej wrażliwości”. Przychodzi mi od razu na myśl ton znany z Wisławy Szymborskiej i jej „Lektur nadobowiązkowych”.

„Piersi zdają się zaprzeczać jakimkolwiek kodyfikacjom estetyki, zasad lub norm. Nie istnieje żadna forma miary obiektywnej, dopuszczalny jest zarówno nadmiar, jak i niedostatek, a także dowolne odchylenia od tego, co ogólnie przyjęte. Ani zbyt wiele, ani zbyt mało nie musi oznaczać braku akceptacji.”

Ta dziewczyna, te włosy. Ta studnia, ta kaseta. / "Ring" Koji Suzuki

*

Czworo nastolatków ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, oficjalnie na atak serca(!). W dodatku tego samego dnia, niemal o tej samej godzinie. Asakawa, dziennikarz, pewnego razu widzi na własne oczy, jak  na ulicy młody chłopak umiera tuż obok niego, z przerażenia. Dodatkowo w jego rodzinie miał ostatnio miejsce także nagły, tajemniczy zgon – umarła młodziutka Tomoko. Dziennikarz podejrzewa, że wszystkie te przypadki coś ze sobą łączy. Postanawia zbadać tajemniczą sprawę i podczas prowadzonego śledztwa trafia na pewną, niepodpisaną kasetę video, która po obejrzeniu zmienia całkowicie życie każdego widza w wyścig z czasem o przeżycie.

Książka koncentruje się na poznaniu losów rodziny Yamamura i walce z klątwą przeklętej kasety. Krok po kroku dowiadujemy się kolejnych szczegółów i dzięki literackiej wersji, zapoznajemy się z genezą kasety. Wątek ten nie był poruszany w filmach. 
Tak naprawdę istnieją 3 części Ringu, wydane w Japonii. Na nasz rodzimy rynek dotarła jedynie 1. część i to tłumaczona nie z oryginału tylko z wersji angielskiej. Polskie wydanie Ringu , ukazało się u nas z bardzo dużym opóźnieniem. Obie zaś adaptacje filmowe znacząco różnią się od literackiego oryginału. Japońska wersja filmu jest bardziej zbliżona do książki, choć również występuje wiele rozbieżności jak np. główny bohater Asakawa: w książce to facet, a w filmie kobieta (Reiko). Sadako Yamamura literacko prezentuje się ciekawiej niż kinowa, ale nie jest już tak przerażająca.

Język tej książki jest prosty (czasami aż nazbyt prosty); Suzuki nie korzysta z podrzędnie złożonych zdań czy z wyszukanego słownictwa. Czytając, miałem wrażenie, że brak w Ringu opisów (czegokolwiek); pewnie trochę przesadzam ale na tle innych książek różnica jest wyraźna. Autor skoncentrowany był głównie na rozwijaniu fabuły, utrzymaniu odpowiedniego tempa akcji oraz napięcia. Z powodzeniem. Potrafi np. błyskawicznie przejść od jednego wątku do następnego.                                                                                                        

1 kwietnia 2017

Rozerwą Cię te zombie / Brian Keene "Noc zmobie"

*

Nadszedł czas panowania zombie. Umarli powstają w oryginalnej odsłonie, nie są już tylko workami śmierdzącego mięsa. Nieliczni tylko ocaleli, wśród nich Jim, który na razie jest w miarę bezpieczny. Gdy dowiaduje się, że jego syn wciąż jeszcze może być cały i zdrowy, wyrusza w szaleńczą misję odnalezienia dziecka. Na swojej drodze spotka kilku sprzymierzeńców oraz masę wrogów: żywych i martwych. Wokół pełno łotrzyków, a wojsko w swoich dotychczasowych zadaniach niebezpiecznie „ewoluowało”.       Między ludźmi a zombie trwa zażarty wyścig o palmę „Największego Potwora” książki.

Brian Keene, amerykański autor kilkunastu horrorów i opowiadań, dwukrotnie otrzymywał nagrodę Brama Stokera, m.in. za „Noc zombie”. Nie przez przypadek zresztą. Poza tym książka dorobiła się kontynuacji pt. „Miasto umarłych” (jeszcze nie czytałem, ale mam zamiar).

Zombie to tylko pretekst dla ludzi do zdjęcia swoich masek oraz powrotu do pierwotnych instynktów. I (żywe trupy) to tylko pozornie największy wróg człowieka. Ekstremalna sytuacja, jaką funduje nam autor w swojej książce, niezwykle skutecznie wywabia na wierzch to, co w ludziach najgorsze.   Wykreowany świat jest mocno pesymistyczny, brutalny, ponury, zgniły, pozbawiony nadziei, ładu i porządku. Liczy się własna wygoda i bezpieczeństwo. Ci, co jeszcze żyją chcą przetrwać za wszelką cenę, robiąc po drodze różne paskudne rzeczy. Posiadanie sumienia nie jest mile widziane, gdyż utrudnia pozostanie wśród żywych. Nieliczni, tak jak Jim, wciąż żyją naiwną wiarą w odnalezienie syna. Dodatkowo, autor wprowadza trochę postapokaliptycznych historii. Wymarłe, wyniszczone miasta i samochody, pałętający się niczym zombie ludzie. Ludzkość chyli się ku upadkowi.