![]() |
Tłumaczenie:
Małgorzata Hesko-Kołodzińska *
|
Jak
najkrócej scharakteryzować „Miasto cieni” Ransoma Riggsa? PODRÓŻ I PRZYGODA. Albo
inaczej: podróż, której efektem będzie fascynująca i wyjątkowo osobliwa
przygoda.
Kontynuacja
„Osobliwego domu pani Peregrine” (recenzja tutaj) rozpoczyna się tym samym zdjęciem, którym
skończyła się część pierwsza, a więc z marszu powracamy w głąb tej osobliwej historii.
Miałem wręcz wrażenie, że autor napisał od razu dwie części – około 700 str. -
a potem jakby gdyby wziął nożyczki i przygotowany materiał przeciął mniej więcej na
pół. Argumentem za jest też fakt, iż poziom, jak i styl Riggsa w ogóle nie
uległy zmianie. Jednak charakter książki i zmiana akcentów już tak.
Proporcje
gatunkowe przechylają się w stronę baśni, przynajmniej w początkowej fazie i to
też dla mnie osobiście nie było idealne rozwiązanie, choć trzeba przyznać, iż autor rozsądnie dozuje dawkę danego gatunku.
Osobliwą
gromadkę nie tylko pozbawiono domu – symbolu ostoi i bezpieczeństwa, ale także
ukochanej pani Peregrine – ich opiekunki i mentorki. Mali bohaterowie zmuszeni są
wyjść z dotychczasowej strefy komfortu, zdani tylko na siebie, w długiej i
wyczerpującej podróży w nieznane. Niewątpliwą cechą „Miasta cieni” jest to, iż
niemal każda z osobliwych postaci otrzyma przysłowiowe „pięć minut” na to, aby
wykazać się swoimi umiejętnościami, a tym samym dopomóc grupie w dalszej
wędrówce.

