![]() |
* |
Z
cyklu:
Miło mi pana poznać…
Leopold
TYRMAND
Osią tej recenzji jest pytanie: Co sprawiło, że ta konkretna książka Tyrmanda okazała się najpoczytniejszym
kryminałem napisanym w czasach PRL-u oraz największym
sukcesem wydawniczym powojennej prozy polskiej?
![]() |
** |
W
wielu ojczyzny zakamarkach,
Przykryte
kurzem i paletami,
Świecą
się gwiazdy literatury,
Świecą
się latami.
Wcześniej
tylko słyszałem o Tyrmandzie. Na „Złego” trafiłem a propos przeglądania
jakiegoś zestawienia typu Top10, a że akurat miałem wielką ochotę na starszy kryminał,
w dodatku polski – tak zaczęła się moja przygoda z twórczością pisarza. 7 stron
brudnopisu - tyle uzyskałem przy okazji pisania o tej książce, uprawiając swój
myślowy freestyle. Ja już poznałem odpowiedź na postawione wyżej pytania o
przyczyny sukcesu „Złego” - mnie przekonywać nie trzeba - pozostaje mi tylko zachęcić
Was do lektury, udowodnić wartość utworu. Pytanie dla mnie brzmiało: Jak
potencjalnemu czytelnikowi przedstawić tę książkę możliwie zwięźle i
obiektywnie, czyli z jedną wadą i mnóstwem zalet?
Nakreślmy
klimat „Złego”. Zarysujmy czas i miejsce akcji.
„W gigantycznym oddechu budowlanym, jakim wznosiła się pierś Warszawy tych lat, świeżo postawiony gmach, bez tynków i schodów, zaludniany bywał przez użytkowników. To była reguła, wynikająca logicznie ze zdrowego głodu odbudowy.”
Uwaga!
Uwaga! Warszawa (lat 50.) w rozkroku: blizny wojny, a więc rumowiska, a jednocześnie, wciąż gorące wspomnienia historycznego
gwałtu, zmieszane z oczekiwaniem na nowe, na to, co zastąpi ruiny, a wszystko
podszyte obawą o przyszłość. Wielkie spustoszenie: stosy cegieł i hałdy gruzu sformowane przez
buldożery; „rozbebeszone posesje i place
budowy”, „niskie piwnice, ciągnące
się załomami, zatłoczone starym szmelcem i wszelkiego rodzaju śmieciem”, „pusta czerń wąwozów ulicznych z jarzącymi
się tu i ówdzie wejściami do pieczar-knajp”, w tle zaś „największy plac Europy” oraz niegotowy jeszcze Pałac Kultury i Nauki.
Słowem, ruiny skonfrontowane z odbudową, nieustanne wędrówki po zgliszczach i gruzach albo wspinaczki po resztkach kamienic, do mrocznych kryjówek, gdzie
kryją się… No właśnie, kto?!
„Były to lata, gdy przed społecznością dźwigającej się z ruin Warszawy stanął groźny problem chuligaństwa. Problem ten rozrastał się do rozmiarów choroby społecznej, prawdziwej klęski, z każdym rokiem przybierał na masowości.”
I pojawia się Zly, i Kudłaty. Obaj to skupiska
wielkiej mocy, tyle że o przeciwstawnych ładunkach, obaj mocarni,
nieodgadnieni, wręcz mityczni, koncentrują wokół siebie grono zwolenników – to „zawodnicy
robiący różnicę”, dzięki nim można zyskać przewagę na warszawskiej szachownicy,
gdzie bój toczą dobro i zło, a stolica tylko patrzy.
Tytułowy Zły to nierozpoznawalny,
bezlitosny mściciel, który w obronie pokrzywdzonych mieszkańców Warszawy
wypowiada wojnę stołecznym przestępcom i chuliganom skupionym wokół Kudłatego.
Zły i Warszawa jak Batman i Gotham, albo Spiderman i Nowy Jork? Skojarzenia jak
najbardziej na miejscu a przecież jest też kolejne podobieństwo: obrońca i bohater
uciśnionych, a jednak nieakceptowany przez
organy ścigania. Państwo niweczy wszelkie oddolne inicjatywy obywateli, ściga
Złego za to, że pomaga sam, nie czekając na śledztwa ani oficjalne pozwolenia.
Postrzega się go tak samo, jak przestępców, których zwalcza.
Tyrmand napisał powieść o polskim superbohaterze, dał ludziom to,
czego wcześniej nie było; postać, stworzoną wprawdzie kilkadziesiąt lat temu,
ale wciąż zasługującą na miano kultowej. I czynił to - paradoksalnie - na wiele
lat przed swoimi przenosinami do Stanów Zjednoczonych – mekki superbohaterów.
Supermoc. "Zły" przynosi ciekawą, kolorystyczną paletę bohaterów, z którymi, ze względu na objętość książki, można się łatwo zżyć. Ponadto autor
odznacza się dużym dystansem, w równym stopniu wobec postaci, opowiadanej
rzeczy oraz względem samego siebie - jako pisarza - stroniąc od efekciarstwa. Dostarcza
nam także fertycznych scen pojedynków i bójek, w tym kapitalnych fragmentów z udziałem
Kudłatego, postaci zbudowanej na legendzie miejskiej. Tyrmand umiejętnie przechodzi
z wątków towarzyskich, albo dotyczących obyczajowości Warszawy, do tematyki
kryminalnej. Co więcej, otrzymujemy wiarygodne, żywe dialogi, w tym mnóstwo
przestępczego slangu. Teza, iż książka łączy konwencje kryminału i romansu,
jest lekko na wyrost. Ta wzmianka o romansie to raczej ukłon w stronę pań,
swoisty wabik, aby one również zajrzały do tej męskiej rozgrywki. Żadnego
napływu słodyczy nie poczułem, żadnego różowego plastiku nie ujrzałem;
wyszedłem z owych bajronicznych scen bez szwanku, tylko mocniejszy.
Przykładowo, rozmowa kobiety i mężczyzny w kawiarni jest wręcz odświeżająca,
przewrotna, niebanalna, wyzbyta z nachalności, magnetyzująca, plus ta sugestywna
muzyka fortepianu w tle.
Lekki
i przystępny styl, który wnosi dużo informacji, nie nużąc przy tym, ani nie
przytłaczając czytelnika – nic dziwnego, że znalazł tylu odbiorców. Zabawna,
przewrotna, brutalna ta książka. Pisarz potrafi rzucić jakimś trudniejszym,
elokwentnym słowem, lecz to wszystko nadal jest ogromnie przystępne. Z humorem,
dynamicznie. Czytając, jakby oglądało się film.
Kompleksowy
obraz Warszawy lat 50. oraz warszawiaków: wszystkie tematy
społeczno-kulturowe przepuszczone przez pryzmat owego miasta. O Gwarze
warszawskiej, co o niej decyduje, o modzie (zwłaszcza panów) doskonały fragment
– czyż nie jest tak i dziś, z tymi warszawiakami? Ponadto o fryzjerach, o
zakupach w stolicy – tzw. ciuchach - a nawet, uwaga, o kurzu! W związku z tym
poznamy życie towarzyskie, i wieczorne stolicy; Tyrmand zabiera nas na
rekonesans po prestiżowych i znanych, ale też obskurnych, powciskanych w kąty
restauracjach, kawiarniach czy hotelach. Jego
utwór mógłby być przewodnikiem po Warszawie lat 50.
![]() |
*** |
NieZły, aczkolwiek… Tyrmand czasem jakby się zapominał,
zawieszał, i przez wiele stron ciągnie jeden wątek. Zbyt długo autor obstaje
przy pojedynczej tylko historii, przy kilku tylko postaciach, zapominając o
reszcie… a reszta długo czeka na swoją kolej i stygnie. Albo innym razem mamy
bardzo długi, nieprzedzielony nawet akapitem, rozdział, a kiedy indziej znów
króciutki. A wystarczyło poprzecinać te dłużyzny innymi wątkami tak, jak
udawało się to autorowi przez większość książki. Następna kwestia: sceny
werbowania chuliganów odbywają się dwukrotnie, ktoś powie - autor powiela.
Dla
narzekających na dłużyzny zalecam przeczytać to:
„Ciekawe — pomyślał — że wielka mistyfikacja literatury kryminalnej polega na braku luk w potoku wypadków. W powieściach tych dzieje się zawsze coś, co wypływa z żelazną logiką strumienia zdarzeń. Tymczasem prawdziwe życie pełne jest luk, w których się nic nie dzieje. Coś przestaje się dziać i następuje luka. Taka jak teraz… Siedzę i nie wiem, co dalej czynić? Stąd nieodparty wniosek, że jedynym motorem wszelkich poszukiwań i detektywnych przedsięwzięć może być i jest wyłącznie wszechmocny przypadek!” Schował książkę do kieszeni, zapłacił i wyszedł.”
Wnioski.
„Zły” wcale nie jest taki zły, jest
świetny. To utwór z dumnym znakiem “Made in Poland, written in Warsaw”. Istna perełka
znad Wisły. Pieczołowitość i rozmach jakby to było dzieło życia autora, i
pewnie nim jest, obok „Dziennika 1954”. W myśl powiedzenia: „cudze chwalicie,
swojego nie znacie”, gdyby tylko zetrzeć dane twórcy, pewnie większość wzięłaby
tę książkę za owoc pracy jakiegoś znanego, zachodniego pisarza… Tylko Leopold
Tyrmand i Marek Hłasko osiągnęli wówczas tak zawrotne uznanie. Autor „Złego” wśród swoich
popleczników, odnajdywał takie nazwiska, jak: Gombrowicz, Kisielewski, Konwicki,
zaś określenie pisarza przez A. Kijowskiego mianem "wielkiego pisarza dla
gówniarzy", albo „Balzaka i Dostojewskiego wyrostków”, świadczy tylko o
słabości krytykantów.
Tyrmand
zaimplementował nad Wisłą amerykańską kulturę superbohatera. Przetworzył ów
motyw, wzbogacając go odpowiednio: barwną paletą postaci, dialogami, dynamiką
bójek, talentem obserwacyjnym, zdolnością narracji, humorem i rozmachem. I Warszawa!
Mówimy przecież o „piewcy Warszawy”, czego dobitnym przykładem jest „Zły”,
choć, jak wyczytałem już po lekturze, pisarz przedstawił nieco inny niż w "Dzienniku 1954” obraz
stolicy – bardziej filmowy.
Pojawienie
się „Złego” w PRL-u to musiał być efekt podobny do tego z początku lat 90.,
gdy w telewizji zaczęły się pojawiać kultowe, i zupełnie dotąd nieznane, amerykańskie
seriale. Polacy, po epoce szarości i jednostajności, zaczęli się zachwycać,
zgromadzeni przed odbiornikami, nowym oknem na świat. Chyba właśnie tak „Zły”
Tyrmanda oddziaływał na ludzi w PRL-u. „Więźniom” szarej, klaustrofobicznej
epoki wręcza Tyrmand nie tyle różowe, ile kolorowe okulary z podświetlanymi
oprawkami, aby odskocznia była dalsza, zabawa - lepsza, a noc - przyjaźniejsza.
Ocena: 9/10
Suplementy...
![]() |
**** |
Wydanie:
z reguły nie poświęcam czasu na pisanie, czy czcionka była duża, czy nie, albo
o grubości i kolorze papieru, jednak w tym wypadku muszę poruszyć ten temat,
gdyż odegrał znaczącą rolę podczas lektury książki. Wydawnictwo Prószyński i
S-ka zaserwowało mi tę historię na 541 str. Otóż czcionkę wybrano tak małą,
przerwy między wierszami jeszcze mniejsze, a ilość tekstu tak nachalnie
poupychaną na każdej stronie, jakby
ludzie odpowiedzialni za to zadanie, zapomnieli o tym, że książki są… dla
ludzi! Utwór ten, w rozsądnym rozłożeniu na odpowiednie odstępy, wielkości i
marginesy to ilość stron rzędu ok. 700. Prócz jakichś bardzo starych
wydawnictw, żadne wydanie tak nie zatruło mi życia. Odczyt z tych kart to była
męczarnia, pomimo świetnej treści dzieła. 100 str. czytałem jak (standardowe)
200-220 str. – wiem, bo przyjrzałem się temu, mając w końcu mnóstwo czasu
wynikającego z próby przebrnięcia przez to jawne literobójstwo wskutek
uduszenia liter oraz zgniecenia wyrazów…
Skojarzenia:
Podróże w czasie z genialnym przewodnikiem zacząłem odbywać niecały rok temu,
był to Nowy Jork, a oprowadzał E.L. Doctorow. W przypadku tej podróży do
stolicy wraz z Polakiem efekt jest właściwie ten sam. Tyrmand pisze jak
Doctorow w swoim „Rezerwuarze” – snuje ciekawą i piękną opowieść o własnym,
ukochanym mieście – tyle że Amerykanin pisał o budującym się Nowym Jorku, zaś
Polak pisze - z równie dobrym skutkiem - o odbudowującej się Warszawie. (Pałac
Kultury i Nauki, wprawdzie na ukończeniu, ale jeszcze niegotowy – tak jak
Central Park w „Rezerwuarze” Doctorowa.) W „Złym” nasza stolica staje się jakby
centrum świata, skupiskiem wszystkiego, soczewką życia, ale nie ma tu mowy o
żadnej bufonadzie, wyniosłości czy patetyzmie – jest szczypta humoru, dystans,
a przede wszystkim wielki zmysł obserwacyjny autora. Istnieje tylko piękna, choć poharatana
Warszawa… Tyrmand przecież zadedykował swoją książkę temu miastu – czyli
traktuje je, podobnie jak Doctorow NY, z wielkim uczuciem, jak bliską mu osobę.
À
propos rozmowy w telewizji o twórczości Jo Nesbo, gdzie gościem był Michał
Rusinek, który, wypowiedział
zdanie, że bardziej od przygotowanych przez Norwega zagadek kryminalnych,
przyciąga go to, co dzieje się poza nimi – życie w Norwegii, obyczaje
mieszkańców, perypetie głównego bohatera – Harry Hole’a. Podobne odczucia
towarzyszyły mi właśnie podczas lektury „Złego”. Tak samo ważne jest to, co
dzieje się obok, poza kryminałem.
Czy
słowa „Nie znoszę gwałtu i potrafię walczyć o wolność”, wypowiedziane przez
jedną z bohaterek do swego towarzysza w kawiarni, nie są przypadkiem symbolem
samej Warszawy? Zrujnowanego i odbudowującego się miasta? Tę walkę o wolność
stolica przypłaciła przecież ruiną… A może to nic nie znaczący fragment, skoro za moment
ta sama bohaterka przyznaje, iż gotowa jest do pertraktacji z... ów zalecającym
się do niej panem?
* http://www.wydawnictwomg.pl/zly-2/
** http://www.wydawnictwomg.pl/leopold-tyrmand/
*** http://www.wydawnictwomg.pl/zly/
**** http://www.proszynski.pl/Zly-p-31699-.html
Ha, pierwszy raz poczułam, że naprawdę chcę to przeczytać - zrujnowana, ale budująca się Warszawa, mściciel, przestępcy, no czad po prostu. :D I cieszę się, że napisałeś, że nie jest to romans, bo mnie to akurat odstręczało. ;) Tak więc na pewno po nią sięgnę. :)
OdpowiedzUsuńTaki miałem zamiar: zachęcić; pokazać, że nie tylko na Zachodzie czytelnik znajdzie to, czego szuka. Też się cieszę, ponieważ książka okazała się właśnie taka: sceny towarzyskie, choć jest ich naprawdę niewiele, są w większości kolejną atrakcją utworu, a nie powodem do utyskiwań :)
OdpowiedzUsuń