Warto
znać. Przyjemnie czytać.
Dennis
LEHANE
Z
Dennisem Lehanem po raz pierwszy spotkałem się w 2011 r. za sprawą „Wyspy
skazańców”. Wówczas zupełnie nie interesowało mnie nazwisko twórcy, a po
książkę sięgnąłem wyłącznie ze względu na zarys fabuły, który jawił się jako
idealnie dopasowany pod moje czytelnicze gusta. Książka spełniła oczekiwania.
Jednak musiało minąć kilka lat, nim inicjały D.L. na stałe wryły mi się w
pamięć. Było to przy okazji następnego tete-a-tete z rodowitym bostończykiem,
gdy sięgnąłem po opus magnum pisarza. Z niekłamaną przyjemnością przedstawiam
Ci, drogi czytelniku, „Rzekę tajemnic”.
W
przypadku tej książki aż cisną się na usta słowa jednej piosenki, mimo że nie
została włączona choćby do ścieżki dźwiękowej filmu, powstałego na podstawie
wersji literackiej. Ten utwór to "Pyramid
Song" grupy Radiohead:
I jumped in the river, what did I see?
Black-eyed angels swam with me
A moon full of stars and astral cars
And all the figures I used to see.
![]() |
| * Dennis Lehane |
Akcja
powieści rozgrywa się w Bostonie – to absolutna norma w przypadku twórczości
pisarza. Boston to po prostu bastion Lehane’a, analogicznie jak Nowy Jork Doctorowa,
Londyn Dickensa, a powojenna Warszawa Tyrmanda. Zaczynamy od spotkania z trójką
nastoletnich kumpli: Jimmym, Seanem oraz Davem którzy spędzają ze sobą mnóstwo wolnego
czasu, np. grając na ulicy w hokeja. Podczas jednej z takich zabaw, przy chłopcach
zatrzymuje się czarny samochód z dwoma mężczyznami w środku, do którego wsiada
Dave. Wraca on dopiero po czterech dniach, ale to już nie jest ten sam dzieciak
i nigdy nie będzie. To, co go spotkało pozostaje na wyłączność jego wiedzą.
Mija dwadzieścia pięć lat. Losy trójki bohaterów splatają się ponownie. Dochodzi
do morderstwa córki jednego z nich. Nieodgadniona przeszłość domaga się
wyjaśnień.
Książkę
tę, z wypiekami na twarzy, przeczytałem na początku 2015 r. Mniej więcej w tym
okresie założyłem też konto na jednym z portali czytelniczych i sporządziłem
opinię właśnie o „Rzece tajemnic”, będąc pod jej ogromnym wrażeniem. Był to
tekst napisany spontanicznie, od serca. Zdominowany przez emocje, bo inaczej
być nie może po lekturze takiej książki. Nie pokażę go Wam w swojej oryginalnej, pierwotnej
formie, ponieważ mimo że, mam do niego ogromny sentyment, był zwyczajnie
prymitywny, zważywszy na to, iż stanowił moją debiutancką portalową opinię oraz
to, że nijak miał się do tego, jak piszę teraz. W poniższej recenzji
wykorzystam tylko pewne fragmenty wersji sprzed ponad dwóch lat. Nie bez powodu
wspomniałem wyżej o sentymencie, ponieważ krótki tekst o jednej z moich
ulubionych książek, w dodatku pierwszy w nowym miejscu, zdobył o dziwo mnóstwo
punktów od czytelniczej społeczności i jak zaobserwowałem, zachęcił wielu do
jej przeczytania, a to cieszy mnie podwójnie.
Wracając
do zawartości dzieła Lehane’a, zacznę od jego ewentualnych słabości, gdyż tak
będzie zdecydowanie krócej i prościej. Otóż początek powieści wcale nie
zapowiada tego, co wydarzy się później. Określenia takie jak: zwykły,
niepozorny pasują tu jak ulał. Jest to podyktowane w dużej mierze zastosowaną perspektywą czasową fabuły. Potrzeba nieco czasu, aby „Rzeka tajemnic” wskoczyła
na najwyższe obroty, a gdy to już się stanie, chwyci czytelnika z ogromną siłą
i nie puści aż do samego końca. Na dowód tego, przytoczę pewne liczby: 1/3
książki czytałem 2 dni, zaś pozostałe 2/3 - 300 str. - połknąłem w 1 dzień.



