Im
głębiej, tym lepiej. Szczęście pochodzi z naszego środka, zdaje się mówić Dawid
Lynch w swojej książce. Pomysły porównuje do ryb, a pragnienie – do przynęty. Wbrew
pozorom, początkowo wcale nie myślał o karierze filmowca, a jego stosunek do
medytacji transcendentalnej, której w swym dziele poświęca wiele uwagi, był sceptyczny.
Towarzyszyły mu też negatywne emocje; często brakowało środków finansowych na
realizację artystycznych wizji. Lynch dzieli się z nami swoim (wielkim)
doświadczeniem, anegdotami, refleksjami odnośnie procesu twórczego. Przyznaje
się do błędów. Inspiruje. Znajdą się i ciekawostki, ale nawet one podporządkowane
są jednemu celowi – wykorzystaniu w pełni swojego potencjału, wzbudzaniu
kreatywności. Bo „im głębiej docieramy,
tym więcej szczęścia zyskujemy, aż urzeczywistnimy stuprocentową, czystą
rozkosz.”
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
28 stycznia 2018
8 października 2017
Lubimy Uciekać, Możemy Powracać / William Kennedy „Chwasty”
Trafiłem
na tę konkretną książkę przeglądając z ciekawości listę zdobywców Nagrody
Pulitzera. „Chwasty” to laureat za rok 1984, o którym w Polsce było i jest
cicho. Tym bardziej więc chciałem zapoznać się z tą historią. Niedługo potem obejrzałem
też ekranizację. Nie żałuję żadnego z wyborów, to dzieło – choć przygnębiające
i momentami chwytające za serce - o którym warto mówić, ale jednak do wielkości
– mierzonej Pulitzerem – czegoś zabrakło.
Przez
te 22 lata Francis mieszka na ulicy. Jest żyjącym chwilą lumpem, pijakiem i wyrzutkiem
bez stałego miejsca zamieszkania. Właściwie nie pracuje, czasem tylko trafi się
jakaś mała fizyczna robótka (na cmentarzu albo jako pomocnik złomiarza), której
podejmuje się nie tyle po to, by mieć, co włożyć do ust, ile wlać do spragnionego
uzależnieniem gardła. Mały grosz, wpadający okazyjnie do przetartej, brudnej
kieszeni, idzie właśnie na alkohol. Od lat włóczy się po świecie w towarzystwie
innych pariasów (m.in. z partnerką Helen). Czasem, w celu chwilowego
zaspokojenia głodu miską gorącej zupy albo wymianie zniszczonej do cna części
garderoby (nawet zdobycie „nowej”, używalnej sznurówki
wykracza poza jego możliwości) lub przespania się w humanitarnych warunkach, zachodzi
do schroniska. Ale nie na długo – pijanym wstęp wzbroniony. Zazwyczaj więc śpi
na łonie natury, w krzakach lub w kartonowym lokum pod mostem, żywiąc się albo
wspomnianą zupą, albo śmietnikowymi specjałami. I tak mniej więcej prezentuje
się recepta na udany dla lumpa dzień: przespać się, zbytnio – jeśli to w ogóle
możliwe – nie zmarznąć, połknąć cokolwiek, poszwendać się z ziomkami, a przede
wszystkim zalać smutki wysokoprocentowym trunkiem, uciec w delirium do
depczącej po piętach, paskudnej przeszłości i niedużo lepszej przyszłości.
„-Co mu się stało?
-Upadł.
-Gdzie upadł?
-Upadł na ziemię.
-Do diabła, ja upadam na
ziemię dwa razy dziennie i jeszcze żyję.
-Tak ci się tylko wydaje –
powiedział Francis.”
27 maja 2017
Wielka uczta u Dennisa / Dennis Lehane „Rzeka tajemnic”
Z
cyklu:
Warto
znać. Przyjemnie czytać.
Dennis
LEHANE
Z
Dennisem Lehanem po raz pierwszy spotkałem się w 2011 r. za sprawą „Wyspy
skazańców”. Wówczas zupełnie nie interesowało mnie nazwisko twórcy, a po
książkę sięgnąłem wyłącznie ze względu na zarys fabuły, który jawił się jako
idealnie dopasowany pod moje czytelnicze gusta. Książka spełniła oczekiwania.
Jednak musiało minąć kilka lat, nim inicjały D.L. na stałe wryły mi się w
pamięć. Było to przy okazji następnego tete-a-tete z rodowitym bostończykiem,
gdy sięgnąłem po opus magnum pisarza. Z niekłamaną przyjemnością przedstawiam
Ci, drogi czytelniku, „Rzekę tajemnic”.
W
przypadku tej książki aż cisną się na usta słowa jednej piosenki, mimo że nie
została włączona choćby do ścieżki dźwiękowej filmu, powstałego na podstawie
wersji literackiej. Ten utwór to "Pyramid
Song" grupy Radiohead:
I jumped in the river, what did I see?
Black-eyed angels swam with me
A moon full of stars and astral cars
And all the figures I used to see.
![]() |
| * Dennis Lehane |
Akcja
powieści rozgrywa się w Bostonie – to absolutna norma w przypadku twórczości
pisarza. Boston to po prostu bastion Lehane’a, analogicznie jak Nowy Jork Doctorowa,
Londyn Dickensa, a powojenna Warszawa Tyrmanda. Zaczynamy od spotkania z trójką
nastoletnich kumpli: Jimmym, Seanem oraz Davem którzy spędzają ze sobą mnóstwo wolnego
czasu, np. grając na ulicy w hokeja. Podczas jednej z takich zabaw, przy chłopcach
zatrzymuje się czarny samochód z dwoma mężczyznami w środku, do którego wsiada
Dave. Wraca on dopiero po czterech dniach, ale to już nie jest ten sam dzieciak
i nigdy nie będzie. To, co go spotkało pozostaje na wyłączność jego wiedzą.
Mija dwadzieścia pięć lat. Losy trójki bohaterów splatają się ponownie. Dochodzi
do morderstwa córki jednego z nich. Nieodgadniona przeszłość domaga się
wyjaśnień.
Książkę
tę, z wypiekami na twarzy, przeczytałem na początku 2015 r. Mniej więcej w tym
okresie założyłem też konto na jednym z portali czytelniczych i sporządziłem
opinię właśnie o „Rzece tajemnic”, będąc pod jej ogromnym wrażeniem. Był to
tekst napisany spontanicznie, od serca. Zdominowany przez emocje, bo inaczej
być nie może po lekturze takiej książki. Nie pokażę go Wam w swojej oryginalnej, pierwotnej
formie, ponieważ mimo że, mam do niego ogromny sentyment, był zwyczajnie
prymitywny, zważywszy na to, iż stanowił moją debiutancką portalową opinię oraz
to, że nijak miał się do tego, jak piszę teraz. W poniższej recenzji
wykorzystam tylko pewne fragmenty wersji sprzed ponad dwóch lat. Nie bez powodu
wspomniałem wyżej o sentymencie, ponieważ krótki tekst o jednej z moich
ulubionych książek, w dodatku pierwszy w nowym miejscu, zdobył o dziwo mnóstwo
punktów od czytelniczej społeczności i jak zaobserwowałem, zachęcił wielu do
jej przeczytania, a to cieszy mnie podwójnie.
Wracając
do zawartości dzieła Lehane’a, zacznę od jego ewentualnych słabości, gdyż tak
będzie zdecydowanie krócej i prościej. Otóż początek powieści wcale nie
zapowiada tego, co wydarzy się później. Określenia takie jak: zwykły,
niepozorny pasują tu jak ulał. Jest to podyktowane w dużej mierze zastosowaną perspektywą czasową fabuły. Potrzeba nieco czasu, aby „Rzeka tajemnic” wskoczyła
na najwyższe obroty, a gdy to już się stanie, chwyci czytelnika z ogromną siłą
i nie puści aż do samego końca. Na dowód tego, przytoczę pewne liczby: 1/3
książki czytałem 2 dni, zaś pozostałe 2/3 - 300 str. - połknąłem w 1 dzień.
Etykiety:
Bacon,
Boston,
Eastwood,
film,
książka,
Lehane,
Lehane Dennis,
opus magnum,
Penn,
recenzja,
Robbins,
Rzeka tajemnic,
thriller,
thriller psychologiczny,
Warto znać. Przyjemnie czytać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



