Dziś
o dziele autora uważanego za jednego z najwybitniejszych i najpopularniejszych XX-wiecznych
prozaików amerykańskich, wymienianego jednym tchem obok takich nazwisk jak D.
DeLillo, J. Updike, T. Pynchon czy C. McCarthy.
To
moje drugie – po „Nemezis” -
spotkanie z Philipem Rothem. Prawdę mówiąc, sięgnąłem po tę książkę (tak
szybko) ze względu na (małą) objętość oraz przykuwającą uwagę okładkę. Jak moje
niecne motywacje okazują się płytkie, tak na szczęście zawartość tej krótkiej
historii porównać można do dwumetrowej głębokości basenu. Innymi słowy, jest
się gdzie zanurzyć. To gorzkie odmęty życia.
W
jednych z najpiękniejszych, uważam, wersów, jakie ostatnimi czasy spłodziła
popkultura, zawiera się istota „Everymana”. W „I Am Mine”
Eddie Vedder śpiewa, a właściwie deklamuje, owe znamienne słowa:
I know I was born and I know that I'll die
The
in between is mine
I am mine
To
nie tylko treść tej noweli, to również moje credo, które noszę od dawna głęboko
w sercu, bo skoro majsterkowanie przy początku i końcu leży poza kompetencjami
człowieka, zostaje mu (tylko) środek. Czym więc wypełnił go nasz Everyman? Jaka
była jego droga ku ostatniemu przystankowi? Słodka, z czasem słona, a im bliżej
końca, tym bardziej gorzka…
