Przepadli! Było ich 129. Co ciągnie zdrowego, silnego
i młodego mężczyznę do najzimniejszej,
najbardziej opustoszałej części ziemi – wiecznie zamarzniętych obszarów w
pobliżu bieguna północnego? Czyżby zachęta w postaci ograniczonego prowiantu, izolacji od świata, śnieżnej ślepoty,
oparzeń słonecznych na przemian z odmrożeniami, szkorbutu? A może wszystkiemu
winne oschłe przyjęcie przez zdradliwe
lodowe grzbiety, straszliwą ciemność, wiejący wiatr i groźny lód? Natomiast
jedno jest pewne - w Arktyce można było umrzeć na setki straszliwych sposobów. Pytanie: po co?
Jako
że w XIX w. podróże wertykalne były niemożliwe, koncentrowano całą uwagę na
ruchu horyzontalnym, w nim też upatrując źródeł chwały i spełnienia. A konkretnie w zdobyciu któregoś z
biegunów, co wówczas stanowiło pole rywalizacji i
próbę sił podróżników-odkrywców. Myśl o zapisaniu się w historii, splendorze i
profitach materialnych czyniła z każdej karkołomnej wyprawy swoiste opium,
coraz mocniej nakręcając tych wszystkich szaleńców (by nie powiedzieć straceńców).
Jedni metodyczni (Robert Peary), drudzy nierozsądni (Henry Hudson), a inni pechowi,
acz niezłomni (Ernest Shackleton) albo źle do ekspedycji przygotowani, jak ci z
„Terroru”, nie pierwsi i nie ostatni zresztą. Trudno wszak o świeże pożywienie pośród
ciemności, lodu i wiatru, na tym zapomnianym przez boga Białym Piekle, skoro
wśród załóg obu statków nie było ani jednego myśliwego lub rybaka z
prawdziwego zdarzenia. Ale to tylko 1 z powodów, dlaczego przepadli.
