3 kwietnia 2017

Spotkajmy się w Darłowie / Leopold Tyrmand "Siedem dalekich rejsów"

*
Z cyklu: 
Miło mi pana poznać… 
Leopold  TYRMAND


**














Zaczyna się od pociągu do Darłowa i od dwójki obcych sobie pasażerów płci różnej, a potem od słów:   

"-Podoba mi się pański płaszcz – powiedziała.
 -Mnie się podoba pani i płaszcz – uśmiechnął się Nowak."

„Wszystko rozgrywa się na tle malowniczego portowego miasteczka, Darłowa, zanurzonego w powojennej atmosferze niepewności i strachu w obliczu nowej władzy, likwidującej krok po kroku prywatną własność. 
Ona – historyk sztuki z Warszawy, on – człowiek bez imienia, zwany Nowakiem, właściwie znikąd, dziennikarz, myślący o ucieczce z komunistycznego kraju.” Rodzące się uczucie, rywalizacja płci, a w tle  poszukiwania tryptyku Eryka Pomorskiego.
Spontaniczne zauroczenie a życie, kariera, obowiązki – trzeba dokonywać wyborów. Forma vs. treść, optymizm vs. pesymizm, spontaniczność vs. odpowiedzialność walczą ze sobą w tej książce nieustannie.

Sugestywne jest to, iż Tyrmand na początku podaje wszystkich swoich bohaterów (tak też uczynił w „Złym”), dodajmy do tego mnogość dialogów, kameralność dzieła, okrojoną obsadę, powściągliwe opisy, oraz fakt, że akcja rozpościera się na zaledwie 3 dni, i otrzymamy wyraźne skojarzenie z dramatem.

Książka wydana blisko 20 lat po napisaniu, jej pierwsza część powstała w 1952 r. po czym trafiła do szuflady, 5 lat później za sprawą warszawskiego „Czytelnika” Tyrmand decyduje się dopisać ciąg dalszy. Wydawnictwo wydrukowało książkę, lecz jej nie wydało „na skutek interwencji cenzury. Uzasadnienie konfiskaty: pornografia i obrona inicjatywy prywatnej”.

A co na to autor, czyli krytyka komunizmu – zwalczania własności prywatnej:

„Będziemy razem budować nową Polskę. Rzecz jasna, najprzód trzeba tu będzie wiele wyplenić, a nawet zniszczyć. Rzecz jasna, będą o nas mówić rzeczy potworne, przypiszą nam każdą okropność, my jednak wiemy, że liczy się coś innego, a nie plugawa wyobraźnia ziejących nienawiścią przekupek. Lecz ktoś musi zrobić brudną robotę, jeśli chcemy pozostać Polakami. Po czym przystąpimy do budowania.”

Cenzura zatrzymała książkę za „pornografię” Zarzut słuszny? Dziś na pewno śmieszny.                                                                                               Największą uwagę pisarz poświęca, rzecz jasna, losom dwójki głównych bohaterów oraz zastanej sytuacji politycznej prowadzącej do strachu i niepewności, tj. powoli zamykająca się paszcza komunizmu, mająca wpływ nie tylko na występujące na kartach postacie, ale też na samo Darłowo; poza tym nie ma tu żadnej rzekomej pornografii, jak uważała cenzura, czynów erotycznych jest niewiele, więcej nawet dyskusji o nich; zarówno te damsko-męskie, jak i tylko pośród samców, wypadają bardzo korzystnie. Rozważania o nowej epoce erotyzmu, porównanie z tą minioną. Dziś - to jest w 1950r.- łóżko „zdewaluowało się i upowszechniło”. Modny wtedy duch warietyzmu odchodzi na rzecz „procesu poszukiwania jakiejś etyki”.

„Zmieniają się warunki, a wraz nimi formy. […] Dawne reguły gry już nie obowiązują, ale nowych jeszcze nie ma.”       
                                                                                   
Przekomarzanie się damsko-męskie, przeciąganie liny – np. „Złym” było to wplecione w większą całość, dlatego może tak bardzo fascynowało, frapowało – tutaj zaś jest to praktycznie główna oś książki; mimo że autor przełamuje stereotypowe romansidło, to momentami nie udaje mu się uniknąć nastroju tkliwości, ale jest to jak najbardziej do przełknięcia.                                     Natomiast absolutnie nie godzę się na termin „miłość” w kontekście tej książki. Zauroczenie, a nawet pożądanie? To już inna sprawa. Zważywszy na tak krótki czas akcji, tę rzekomą „miłość” należy uznać za rzecz umowną, symboliczną. 
Autor na szczęście nie wniósł do tej książki nic amerykańskiego, ani doskonałych, bezbłędnych bohaterów, ani idealnych zakończeń, ani nic ze schematu taniego romansidła.

Książka  świetnie skrojona, zero zbędnych scen. Niezmiernie kameralna – wpływ na to miało nie tylko samo Darłowo, ale także niewielka liczba żywych, wyrazistych bohaterów. 
Rzeczywiście, jest lekko zabawna, a Tyrmand pisze jakby od niechcenia, zgrabnie, o sprawach ważkich, o nieprzewidywalności życia i jego dwóch twarzach: raz szara proza, kiedy indziej poezji doza.

„-Jaka pani jest śliczna… Nie ciągnie panią do wielkiego miasta?
-Po co?
-Szybkość życia, różnorodność zmian, kawiarnie, kina, interesujący mężczyźni…
-Proszę pani, u nas, w Darłowie, jest kino. Dwa razy w tygodniu.”



Dla mnie ta historia jest nieskalana terminem „DZISIAJ”, a konkretniej całe jej tło, gdyż przypadkowe poznanie się jej i jego, gdzieś w pociągu, w małej mieścinie, jest wciąż możliwe, jednak otoczka zgoła różna od tej zaproponowanej przez Leopolda Tyrmanda.
Na pewno nie dorównuje rozmachem „Złemu”, ani też ciężarem gatunkowym „Dziennikowi 1954”. Dla połykaczy niebanalnych, ale jednak, historii damsko-męskich, może wydać się ona wcale niezaskakująca, brzmiąca podobnie, tak może się zdarzyć. „Siedem dalekich rejsów”, wybaczcie mi truizm, powinien poznać każdy fan, tudzież fanka twórczości tego niepospolitego rodzimego pisarza; to też, jak wskazują pozory, książka bardziej dla pań, ale to pozory, a w rzeczywistości panowie są tu również mile widziani. Nie zamkną tego dzieła z poczuciem przesłodzenia.

Obawiałem się, przyznaję, iż książka będzie znacznie słabsza od sztandarowych dzieł autora, i nie wiązałem z nią wielkich oczekiwań. Co się okazało? „Siedem dalekich rejsów” spełniło moje oczekiwania z nawiązką, jest to z jednej strony tylko dodatek do twórczości autora, a z drugiej pełnoprawna pozycja, która nie zasługuje na lekceważenie, i która broni się sama, zwłaszcza, jeśli będziemy pamiętać o słowach samego autora zamieszczonych na początku, które to wiele nam wyjaśnią:


„Jest to powieść porozumiewawczych tonacji, interesujących chyba tych tylko, którzy pamiętają pewną grupkę ludzi z końca lat czterdziestych w Polsce. Łatwo tę powieść oskarżyć, że jest rewią kulturowych mód, smaczków, nastrojów, stylów, konwencji, być może już przebrzmiałych. Jej seksualne sentymenty nie chronione przez reguły gry, mogą się wydać autoparodią. Nie ma w niej realizmu, który broniłby jej intencji, nie ma postaci zdolnych zapewnić jej literacką niezależność, są postawy absorbujące uwagę tylko tych, którzy mają dla nich cierpliwość. Nie ma w niej rzeczywistości, jest natomiast umowność, która nie odczytana właściwie, skazuje ją z góry na klęskę.”


Ocena: 7/10 


*   http://www.wydawnictwomg.pl/siedem-dalekich-rejsow-2/
** http://www.wydawnictwomg.pl/leopold-tyrmand/

2 komentarze:

  1. Leopold Tyrmand nie należy do pisarzy łatwych. Warto się jednak czasem wysilić i poświęcić czas na coś co nie jest papką intelektualną ;-) Zapisuję tę pozycję do mojej listy: warto przeczytać. Dzięki za recenzję!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie już Tyrmand przeciągnął na swoją stronę (szybko i efektownie), co nie znaczy, że w dalszym recenzowaniu jego książek zagubię gdzieś swój obiektywizm. Jeśli trafię na coś słabszego, nie omieszkam podzielić się tym z innymi. Miłych chwil z Leopoldem!

    OdpowiedzUsuń