2 kwietnia 2017

Patchworkowy Tyrmand / Leopold Tyrmand "Pokój ludziom dobrej woli..."

Z cyklu: 
Miło mi pana poznać… 
Leopold  TYRMAND

*

**









Leopold Tyrmand to nie tylko powieści. To też publicystyka, a nawet dramat. „Pokój ludziom dobrej woli” to wydane najpierw (tylko) w polskiej prasie teksty z lat 40-tych, 50-tych, 60-tych, które Wydawnictwo MG zebrało, opakowało jak na współczesne realia przystało, tj. w twardą oprawę, wygodną czcionkę oraz lekko beżowy papier, czyli podobnie jak  w przypadku innych dzieł pisarza, by powstała owa książka. 
Gdybym miał przylepić jej etykietę, brzmiałaby ona tak: różnorodność miejsca, różnorodność czasu, różnorodność formy. Sięgam po nią, gdyż Tyrmand dotychczas wypadał w moich oczach świetnie, ponadto była pod ręką, i zyskała pierwszeństwo przed „Filipem”, jako (potencjalnie) krótka, niezobowiązująca pozycja na drodze ku lepszemu poznaniu tego nietuzinkowego twórcy.
Nie widzę powodu, aby dalej tkwić w tym wstępie, dlatego serdecznie zapraszam za kulisy.



Pod koniec wojny Tyrmand pływał, jako marynarz, wzdłuż zachodnich wybrzeży Norwegii, robił za stewarda w niepływającym statku; obchodził Wigilię, w roli kucharza okrętowego, z dala od ojczyzny, pośród załogi, do której miano „tygiel narodów” znakomicie pasuje. Często był jedynym Polakiem na pokładzie. O wybuchu powstania warszawskiego, jego przebiegu, słyszy tylko z radia, dzięki powstańczej radiostacji, albo z tego, co zasłyszeli inni. Po drodze pobyt w Grini. Warto przekonać się, jak może czuć się w takich okolicznościach młody człowiek, Polak. Początek zbioru przesycony jest emocjami. Mowa o trzech pierwszych pozycjach, które przez to, że zajmują niewiele stron, nie pozwalają (przynajmniej mi) na zadomowienie się w nich. Na szczęście są ze sobą powiązane. Ostatnią rzeczą, jaką należałoby zrobić w stosunku do tych tekstów, to przyznać im gwiazdki… Albo chce się zapoznać z tymi konkretnymi przeżyciami Tyrmanda, albo nie. Swoją drogą można traktować to jako przedsmak „Dziennika 1954”, podobnie zresztą jak następną pozycję – „Kolacja”- która mimo wszystko odznacza się nieco lżejszym ciężarem emocjonalnym oraz wydźwiękiem w ogóle. Leopold jest, tym razem, kelnerem w jednej z restauracji Frankfurtu. I nie dość, że skojarzył mi się ten jego epizod z filmem „Zaklęte rewiry”, to dodatkowo dowiadujemy się, że owa „Kolacja”, nieco zmieniona, stanowi także część innej książki pisarza, tj. „Filip”, którą też mam zamiar przeczytać, zachęcony tym bardziej powyższym fragmentem. Może odrobinę za dużo zdradzam z niektórych utworów, jednak tu nie o odkrywanie fabuły przede wszystkim chodzi, lecz o emocje autora tak sugestywnie przelewane na papier, o jego ponadprzeciętny talent prozatorski, o czym świadczą następne pozycje zbioru, jedna po drugiej.

Wreszcie kolej na „Ziutek nie chce spekulować”, który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Tyrmand zgłasza w tym miejscu akces do bycia fantastycznym wykładowcą – jednym z tych, których studenci kochają. Wychodząc od pewnej teczki, dostarcza nam znakomity wywód odnośnie gospodarki, okraszony szeregiem osobistych refleksji. Uważam, że właśnie od Ziutka możemy, a nawet powinniśmy wystawiać autorowi oceny za kolejne zawarte w tym zbiorze propozycje.

Następne dwa tytuły łączy fakt, iż – „Zatoka dobrych kąpieli” oraz „Żegluga na jachcie Cudowne zmęczenie nr 3” – zostały wydrukowane w „Tygodniku Powszechnym” oraz tematyka: woda, żegluga, podróż. Ujawnia się nam niewątpliwa tyrmandowska smykałka obserwacyjna w parze z talentem sprawozdawczym: niezwykle magnetyzujący i prześmiewczy opis pobytu w  Zatoce Gdańskiej, albo gdy Leopold otrzymuje zaproszenie na Mazury. Na podstawie dwóch tekstów widać, że pisarz nieco „odżywa” wraz z nadejściem lat 50-tych. Swoją drogą, gdyby takie artykuły były aktualnie na porządku dziennym, czytałbym gazety.   

„Ta noc na redzie Czarciej Wyspy przypominała mi noce czasu wojny w bombardowanej Nadrenii. Leżysz w ciemnościach i serce ci drży w oczekiwaniu ciosu, nie wiadomo skąd. Nagle z dali słychać cieniutki brzęczący warkot komarowych silników. Nadlatuje eskadra tych nocnych morderców. Brzęczenie staje się coraz głośniejsze, jest tuż koło ucha, zrywasz się w panice, wymierzasz na oślep uderzenia w mroku, trafiasz własną szczękę, a tu – bęc! – ukąszenie spada, jak bomba, w odkrytą łydkę. Chwila spokoju, nowy nalot i nad ranem oglądasz swe zdefasonowane nogi jak zbombardowane zgliszcza.”                                                                                 
Powyższy fragment nie tylko stanowi próbkę możliwości autora, ale także, jak sądzę, pokazuje dystans, jaki zyskał Tyrmand wobec wojny, wlewając prześmiewczość do żywych otworów wspomnień.

W „Liście do Amandy”  porusza pisarz kwestię biustonosza… czyli „jak kawałek materii może raz jeszcze stać się motorem ludzkiej wrażliwości”. Przychodzi mi od razu na myśl ton znany z Wisławy Szymborskiej i jej „Lektur nadobowiązkowych”.

„Piersi zdają się zaprzeczać jakimkolwiek kodyfikacjom estetyki, zasad lub norm. Nie istnieje żadna forma miary obiektywnej, dopuszczalny jest zarówno nadmiar, jak i niedostatek, a także dowolne odchylenia od tego, co ogólnie przyjęte. Ani zbyt wiele, ani zbyt mało nie musi oznaczać braku akceptacji.”

Przedostatni tytuł to nawet nie scenariusz, a tylko jego projekt…Rzecz solidna, choć nieco w cieniu swoich sąsiadów, gdzieś w obrębie zagadnień znanych ze „Złego” (kto czytał, ten wie). Otóż, w wyniszczonej, spalonej i pogruchotanej Warszawie młodzi ludzie odnajdują dla siebie skrawek raju, aby uciec od ‘tu i teraz’, na chwilę zapomnieć. Jednak nie wszystkim się to spodoba.  
Wreszcie nadchodzą „POLACY CZYLI PAKAMERA. Komedia w 3 aktach” i… zaczynam rozkochiwać się w dramatach. „…nowe osiedle, chluba stołecznego budownictwa, niezwykłe osiągnięcie, tylko drobnostka -” coś nie działa…   Kapitalny, trafny obraz Polaków w PRL-u, godny Fredry i Gogola, którego dramaty miałem przyjemność ostatnio czytać. Skojarzenie z serialem „Alternatywy 4” jak najbardziej na miejscu, tak samo jak z komediami Barei. To nie tylko rzecz do zaśmiewania się, gdyż Tyrmand uderza też w tony moralizatorskie, dotyka spraw istotnych, narodowych. Krytykuje system, ale też obrazuje kłopoty zwykłych ludzi. Wyszło doskonałe połączenie: poważna satyra.


Niniejszym zbiorem otrzymujemy dowód tego, iż Leopold Tyrmand był nie tylko prywatnie kameleonem, ale również zawodowo. Twórczo, jakiejkolwiek formy by się nie imał, to zawsze przynajmniej z dobrym skutkiem. Pisarz uwodzi czytelnika swoim stylem, puszcza do niego oko, z ironią za pan brat, potrafi przygadać rzeczom wielkim, jak ustroje, miasta, budynki, społeczności.
„Pokoju ludziom dobrej woli” nie podsunąłbym nikomu na pierwsze spotkanie z Leopoldem Tyrmandem. Na trzecie, albo czwarte zbiór ten będzie jak znalazł. Wybaczcie też banał treści: miłośniku pisarza, przeczytaj obowiązkowo!

Szczerze, to nie miałem wobec „Pokoju ludziom dobrej woli” praktycznie żadnych wygórowanych oczekiwań. Zbiór ten miał być jedynie przystankiem między „większymi” dziełami autora. Co się okazuje? Tytułowi ludzie ukazani zostali w dwojaki sposób: inaczej na początku, odmiennie pod koniec, a spaja to tak udanie ten zbiór rozmaitości wszelakich. Patchworkowy Tyrmand perełkami stoi.



Ocena: 8/10 



*   http://www.wydawnictwomg.pl/pokoj-ludziom-dobrej-woli-2/
**  http://www.wydawnictwomg.pl/leopold-tyrmand/


3 komentarze:

  1. Dobry pisarz lubi bawić się konwencją i tworzyć utwory w różnym formacie. O Tyrmandzie dramatopisarzu nie wiedziałam, ale przypomina mi to Zbigniewa Herberta i jego twórczość. Herberta znamy głównie jako poetę i to wybitnego. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę, że pisał on także słuchowiska radiowe i dramaty. Hmm... Tyrmanda w takim wydaniu z chęcią poznam! :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że wspomniałaś tutaj Herberta. Otóż Tyrmand w swoim "Dzienniku 1954" umieszcza fascynujący opis swojego przyjaciela i początkującego twórcy, właśnie Zbigniewa Herberta.Jeśli czytałaś, to z pewnością przypomnisz sobie ten fragment :)
    Tyrmand to postać ujmująca, z której nad Wisłą możemy być dumni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ooo, super! Nie wiedziałam. "Dziennik 1954" mam w kolejce do przeczytania - jeszcze nie miałam okazji się z nim zapoznać :-) Póki co mam na koncie tylko "Złego", ale utwór ten zachęcił mnie do kolejnych spotkań z Tyrmandem. Dobrze wiedzieć, że są tam takie smaczki! :-)

    OdpowiedzUsuń