5 sierpnia 2017

Przedpremierowo: Gangster na taborecie / Artur Urbanowicz „Grzesznik”

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Grabarz Polski, który objął powieść patronatem


„Oczywiście, że zawsze znajdą się ludzie, którzy nie będą nas lubić. Ale ludzie wcale nie muszą nas lubić! Ważne, żeby się nas bali. To jest kluczowe”.

Doczekaliśmy się takich czasów, gdzie na hasło „hybryda” pewnie większość z nas w pierwszej kolejności pomyśli o modelu auta, nie zaś o wytworze umysłu. A ja lubię hybrydy, przede wszystkim te literackie, bo znamionują niewątpliwy powiew świeżości, wyłamują się schematom charakterystycznym dla jednego tylko gatunku, wyślizgują się z szablonów, a co więcej, nawet jeśli zdołaliśmy wcześniej poznać twórczość danego pisarza, w hybrydzie zazwyczaj okazuje się to mało pożyteczne – autor i tak może nas łatwo zaskoczyć, chowając się za repozytorium jednej czy drugiej konwencji. Chcę przez to powiedzieć, że swoista gatunkowa żonglerka to jak synonim nieprzewidywalności. Szkoda tylko, że pisarze niechętnie sięgają po taki rodzaj twórczości, okopując się skrzętnie w jednym tylko klimacie. Ale na szczęście mieszanki gatunkowe istnieją, wprawdzie nie jest ich wiele, jednak jak już się takową przeczyta, końcowy efekt najczęściej satysfakcjonuje. Mam na myśli choćby „Rezerwuar” Doctorowa, „Pamiętam cię” Yrsy czy naszą polską „Królową głodu” Chmielarza. Wszystkie one, choć zgoła odmienne, stanowiące połączenia innych gatunków, okazały się lekturą co najmniej dobrą. Nie inaczej wygląda sprawa z najnowszym dziełem Urbanowicza, pt. „Grzesznik”.


Autor, który zadebiutował w 2015 r. słowiańską powieścią grozy „Gałęziste”(recenzja tutaj), tym razem łączy konwencję klasycznego literackiego horroru z powieścią gangsterską. Nie ma już zatem północno-wschodniego lasu, stanowiącego epicentrum wydarzeń; pisarz rezygnuje z leśnych ostępów na rzecz miejskiej dżungli. Urbanowicz wykonuje zastrzyk z fikcji literackiej, polegający na wstrzyknięciu w suwalską miejską tkankę mafijnego nowotworu. Bo nie dość, że wymieszał teoretycznie niepasujące do siebie konwencje, to na dodatek powołał w rodzinnych Suwałkach do życia mafię, na wzór tej pruszkowskiej.

Mimo że to horror, na początku niemal w ogóle tego nie czuć, jeśli już, można mówić co najwyżej o thrillerze. Jednak na tym etapie powieści to zupełnie nie przeszkadza, gdyż pierwszej części książki wypadałoby nadać zbiorczy tytuł „poznajcie Marka Suchockiego”: „Ja wiem, kim ty jesteś. Ty jesteś Suchy. Marek Suchocki. Szef suwalskiego półświatka. Gruba ryba na mieście”. Zaznajamiamy się z suwalskim gangsterem na przeróżnych płaszczyznach, obserwujemy go zarówno w życiu „zawodowym”, jak i prywatnym, widzimy, jak funkcjonuje w rodzinie, między żoną, dwójką dzieci, siostrą i matką, która, jak przyznają Marek z siostrą, „brzydko się starzeje”, sprawia mnóstwo kłopotów niczym „Dennis rozrabiaka” i, zdaniem bohatera, jest „niereformowalna”. A skoro mafijny światek, to „Suchy” przecież nie funkcjonuje sam - posiada liczną ekipę swoich ludzi, a zarazem kumpli. Każdy z nich to fachura w danej dziedzinie, każdy ma swoją odrębną przestępczą „moc”: jeden to spryciarz-oszust, drugi pracuje mięśniami, a inny ma tzw. gadane, tak samo zresztą, jak sam Marek, który lubi mówić w każdej sytuacji. Panowie, wzorem wcześniejszych dzieł o gangsterach (choćby tych od Scorsese), stanowią zgraną paczkę bez względu na okoliczności, a na pierwszym miejscu stawiają rodzinę, na równi z wygodami i majętnością. Mężczyźni nie tylko pracują, ale i odpoczywają razem, w gronie swoich rodzin. Ponadto Marek czuje się niezwykle pewnie na suwalskim tronie, przez nikogo nie nękany, popada w gangsterską rutynę, tracąc jednocześnie czujność.

„Swoim wzrostem, posturą, ubiorem i urodą podręcznikowego gangstera Marek, jako stały bywalec siłowni, wzbudzał należyty respekt. A jak się do tego dodało agresję…”

„Suchy” to pewny siebie samiec alfa, a Suwałki, choć to relatywnie spore miasto, są niewątpliwie za ciasne na jednoczesną obecność dwóch takich osobników. Ale zanim pojawia się przeciwnik, ktoś zaczyna bezpardonowo niepokoić, wręcz kpić sobie z Marka oraz jego najbliższych. Gangster czuje, że zbliża się niemałe zagrożenie. Dowiaduje się, że z więzienia wyszedł niedawno niejaki „Grzesznik”, który był suwalskim bossem przed „Suchym”. W dodatku istnieją przesłanki o nielojalności jednego z ludzi z gangu, który może działać na zgubę swojego szefa.
„Złapał się na tym, że bardzo chciał przeczytać teraz ich myśli. Pozbyć się wszelkich wątpliwości. Lojalność. Ciężki temat. Ciężki jak żywot gangstera”.

Ta faza książki przypomina mi nieco „Przylądek strachu”, gdy z kryminału wychodzi gwałciciel i zaczyna kręcić się koło rodziny adwokata, który nieskutecznie bronił go w sądzie. Kontynuując, wskutek mafijnej walki o wpływy, Marek ulega poważnemu wypadkowi, zapadając na tydzień w śpiączkę. Przychodzi sen, wraz z nim mrok, a następnie budzi się nowy dzień – początek literalnego koszmaru. W okamgnieniu, w życiu Marka, wszystko obraca się o 180 stopni. W tym miejscu można wręcz sięgnąć do kafkowskiej „Przemiany”, z tym że przemiana nie zachodzi w samym bohaterze, tylko w całym jego otoczeniu, we wszystkim, do czego przywykł; urywa się nić rutyny i przepada gdzieś jego strefa komfortu - budzi się w zupełnie nowym i szybko znienawidzonym przez siebie świecie.

„To jednak nie ziąb ani przemoknięcie do suchej nitki bolało go w tej chwili najbardziej. Upokorzenie. Bezsilność. Frustracja. Samotność. A do tego niesprzyjanie losu”.

Początkowa faza powieści służy nie tylko wprowadzeniu na scenę bohaterów czy zarysowaniu sytuacji, ale także zbudowaniu kontrastu dla wydarzeń, które nastąpią później. Świat samca alfa zaczyna pękać, rozsypywać się na milion bezwartościowych kawałków. Marek traci nie tylko zaszczytną pozycję, ale też swoich ludzi oraz pokaźną sumę pieniędzy. A na domiar złego, po przebudzeniu, odkrywa w sobie niezwykłe umiejętności… Jaki stosunek do nowych zdolności będzie miał Marek? Czy przydadzą mu się w walce z przeciwnikiem, a może okażą się jedynie kulą u nogi, ściągającą go na samo dno? Pytania te zadawałem sobie na długo przed przystąpieniem do lektury!

„Po prostu nie wiedział absolutnie nic. Był zagubiony jak dziecko we mgle. I naturalnie się bał. Jak cholera”.

Marek budzi się w świecie zdominowanym przez innego samca, który to pociąga za wszystkie sznurki. „Był piekielnie inteligentny, kipiący chorobliwą pewnością siebie”. Czuje, że nie ma nad niczym kontroli, a walka o odzyskanie tronu wydaje się z góry skazana na niepowodzenie. Czytając powieść ma się wrażenie, że nasz uciśniony bohater, w obliczu osobistego tąpnięcia, rozmawiając z „Grzesznikiem”, jakby rozmawiał z jednostką doskonałą, która zna wszystkie odpowiedzi i zawsze jest kilka kroków naprzód. A siedem rozmów, które odbywają ma mocno symboliczny charakter. Czy Marek się podda? Czy przejdzie na stronę nowego bossa miasta nad Czarną Hańczą?

Jedno w „Grzeszniku” jest pewne - Urbanowicz stworzył takie uniwersum, w którym może wodzić czytelnika za nos w nieskończoność. Autor nie ma też żadnej litości dla swojej postaci – Marka, tak samo, jak wcześniej on nie miał żadnej litości dla swoich ofiar; okradając je, bijąc czy zastraszając.

Młody autor zapewnia, że dokładnie czytał wszelkie, zawarte w recenzjach debiutu, krytyczne uwagi czytelników, celem wyciągnięcia wniosków na przyszłość. A w przerwie między jednym a drugim dziełem, zainwestował też w merytoryczną poprawę swojego warsztatu, biorąc udział w odpowiednim kursie. I wiecie co? Efekty widać już od pierwszych stron! Urbanowicz, stosując terminologię sportową, najwyraźniej zmienił swojego serwismena: narty jeżdżą po rozbiegu znacznie szybciej, a oddawane skoki są wyraźnie dłuższe. Autor w swoim drugim dziele udowadnia, że potrafi uczyć się na własnych błędach, bo w „Grzeszniku” jawi się biegłym warsztatowo twórcą. Wszystko tu pracuje na lepszym niż w debiucie silniku: jest szybciej, płynniej, zwięźlej, brak też zbędnych słów czy zdań, bo, jak założył sobie pisarz, jego książki mają przede wszystkim dostarczać rozrywki. Nie dziwi zatem fakt, iż przebrnąłem przez dzieło naprawdę szybko, wsiąkając w nie dziennie na wiele stron. Ale to nie tylko zasługa lepszego warsztatu, ale również faktu, iż autor - tradycyjnie już w swej twórczości - bawi się z czytelnikiem; odbiorca sam musi odkryć, co tu jest marą, iluzją, i gdzie owa zabawa się kończy, jeśli w ogóle.

„Grzesznik” jest nie tylko brutalny, potrafi też przestraszyć, jak i dostarczyć sporej dawki czarnego humoru czy ironii. Głównym źródłem komizmu, poza żartami panów wewnątrz gangu, jest matka „Suchego”, która nieustannie wystawia na próbę cierpliwość i (wątpliwą) empatię syna. Ponadto autor okazuje się niezłym obserwatorem codzienności: tego, jak funkcjonujemy zarówno w domowym zaciszu, jak i w tłumie, pod presją wielu par oczu. Zawarł tu też sporo informacji z zakresu manipulowania ludźmi (pisarz zapewne zaglądał do najpopularniejszego dzieło R. Cialdiniego), poza tym porusza kwestie odczytywania sygnałów z mowy naszego ciała, pokazując, że gdzie jak gdzie, ale w gangsterskim światku to potężna broń, oddzielająca prawdziwych dowódców od szarych myszek.

Końcówka – już po wyjaśnieniu głównej kwestii – jest moim zdaniem zbędna, gdyż w tym miejscu powieść powinna się kończyć. A dalszą jej część odebrałem jako kontynuowanie na siłę - wyszedł nieco melodramatyczny i przerysowany obraz odwiecznej walki dobra ze złem; tak, jak niemal każdy z nas to sobie wyobraża – zbyt stereotypowo. Zawarte tu moralizatorstwo przywodzi na myśl „Hankę” Tyrmanda, która poprzez swój mentorski ton przypominała pedagogiczną i pretensjonalną opowiastkę dla młodzieży. Mowa tu (jedynie) o ostatnich 10% książki, a warto pamiętać, iż wcześniejsze 90% zawartości okazało się satysfakcjonującym doświadczeniem. Z „Grzesznika” wyziera też troszkę naiwne przesłanie, aby starać się w życiu czynić dobro innym, że ten jeden bezinteresowny, empatyczny gest względem bliźniego może dać nam samym więcej, niż moglibyśmy się spodziewać. Naiwne, bo każdy z nas – łotr czy altruista – ma na koncie zarówno dobre, jak i złe uczynki, i to zdecydowanie w liczbie mnogiej, choćby te z dzieciństwa.

Podsumowując, hybrydy gatunkowe mogą być „strasznie” dobre - „Grzesznik” kolejnym tego dowodem. Widać, że autor sam dobrze się bawił, pisząc swoją powieść – mogę to zresztą potwierdzić, gdyż przez 90% historii miałem tak samo. Losy Marka angażują uwagę czytelnika do tego stopnia, iż z przyjemnością wsiąka się w tę historię, zapominając o rzeczywistości. Powieść jest nieprzewidywalna i dynamiczna, a przy tym oferuje mnóstwo scen literackiej grozy przez duże „G”. Jego najnowsze dzieło to wciągające siedlisko dobrej zabawy, o pomysłowym kształcie, napisane o wiele sprawniej (warsztatowo) niż jego debiut. Urbanowicz może być z siebie zadowolony, zważywszy na spełnienie najważniejszych dla niego założeń takich jak: lekkość, manipulowanie czytelnikiem oraz rosnąca wraz z końcem potężna dawka zwrotów akcji i niespodzianek.

„Grzesznik” to książka o zepsutym świecie, zbudowanym na dominacji poprzez siłę i zastraszanie. Pokazuje, jak punkt siedzenia zmienia nasz punkt widzenia, jak trwanie w jednej, często skrajnej postawie, potrafi wywrócić system wartości poprzez zgrabną racjonalizację wszelkich odchyleń od normy. Taki jest właśnie świat gangsterów – dla nich patologia staje się normą, a wszystko to determinowane „środowiskiem przemocy, kłamstwa, terroru i braku poszanowania dla cudzej własności”. Dokładnie taki sam jest Marek, który na początku książki wypowiada znamienne słowa: „W pełni zdaję sobie sprawę z tego, jaką drogę życia wybrałem. Sam wiem, co jest dla mnie najlepsze. Kocham swoje obecne położenie”. „Grzesznik” zaś dotyka momentu, gdy przestępca traci owe „ukochane położenie”, wszelkie wygody i możliwość panowania nad innymi. A z drugiej strony Urbanowicz sprawi, że, mimo wszystko, właśnie takiemu osobnikowi będziemy współczuć i go dopingować.

Urbanowicz obrał dobry kurs, śmiało poczyna sobie na poletku literackiej grozy. Bardzo prawdopodobne, że „Grzesznik” zajdzie daleko we wszelkich zestawieniach gatunkowych, mając niewątpliwie szansę na coś więcej, niż ścisły finał. Dla mnie miłą wiadomością byłaby zapowiedź, że jego trzecie wydawnictwo również okaże się zabawą konwencjami. A jaką, to już kwestia drugorzędna, byle tylko nie koncentrować się na samym horrorze, bo, jak pokazuje „Grzesznik”, istnieje o wiele atrakcyjniejsza droga.

Ocena: 8/10     

Premiera książki: 7 sierpnia 2017
Okładka:  http://gmork.pl/grzesznik-miekka

10 komentarzy:

  1. Mysle, ze to idealna ksiazkowa inspiracja na kolejne tygodnie wakacji.

    OdpowiedzUsuń
  2. O, ja właśnie teraz czytam "Gałęziste" Urbanowicza i rzeczywiście widać, że są pewne wady, ale i tak jest dobrze. Niemniej cieszę się, że autor się rozwija i idzie mu jeszcze lepiej, choć dla mnie osobiście to "Gałęziste" wydaje się ciekawsze, tylko że to kwestia mojej obojętności dla gangsterów i uwielbienia dla przyrody. :) Swoją drogą, zmysł obserwacji autora bardzo dobrze widać również w jego debiucie - podoba mi się, jak pokazuje relacje damsko-męskie, mimo że z jednej strony bohaterowie zachowują się trochę zbyt stereotypowo (choć znam ludzi idealnie wpasowujących się w te stereotypy), to z drugiej czytałam to z niesłabnącą przyjemnością. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zuzanno, właśnie ostatnio zauważyłem u Ciebie, że czytasz debiut autora. I muszę Ci powiedzieć, że wybrałaś doskonałą na to porę - wakacyjny wyjazd. Potwierdzam, zmysł obserwacyjny ujawnił się również w "Gałęziste" - w drugiej powieści jest tak samo, a nawet nieco wnikliwiej. W pełni rozumiem Twoje skłanianie się ku okolicznościom oferowanym przez debiut, chociaż to dobrze, że pisarz zaoferował czytelnikowi dwie zgoła odmienne historie. Przyjemnego wypoczynku i lektury!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - strasznie się cieszę, że ją tu wzięłam, bo to rzeczywiście doskonała pora i na plaży czyta się ją rewelacyjnie. ;)
      Dziękuję bardzo! :)

      Usuń
  4. Świetna rezenzja! Zaciekawiłam się tą lekturą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i cieszę się, że tak myślisz :)

      Usuń
  5. O jakże pocieszający jest fakt, iż młodzi, zdolni i ambitni autorzy potrafią garściami czerpać z uwag recenzentów. Serce rośnie!

    @bookiecik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Urbanowicz udowadnia, że się rozwija, nie stoi w miejscu, wręcz przeciwnie. Słucha uważnie tego, co mówią jego odbiorcy i wyciąga właściwe wnioski. Oby wszyscy młodzi prezentowali taką postawę...

      Usuń
  6. Przyznam, że recenzujesz w sposób inni niż wszyscy co jest dla czytelnika ciekawym doznaniem. Książka nie dla mnie jednak, bo wolę niehybrydową literaturę faktu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blogierko, dziękuję za komentarz, który popełniłaś, bo odnalazłem w nim zarówno wielki dla siebie komplement, jak i nieskrępowaną niczym szczerość. Życzę Ci zatem wspaniałych doznań płynących z przejmujących reportaży!

      Usuń