15 lipca 2017

Ostatni rejs / Yrsa Sigurdardóttir „Statek śmierci”

Pewnego wieczoru w porcie zbiera się grupka ludzi. Wszyscy oczekują wpłynięcia luksusowego jachtu, żeby powitać swoją rodzinę i przyjaciół. Jednak zamiast serdecznych przywitań i uścisków, na twarzach oczekujących maluje się trwoga i zdumienie. Otóż jacht jest kompletnie opustoszały. Wskutek tego, do prawniczki Thory zgłaszają się bliscy rodziny, która uczestniczyła w feralnym rejsie, w tym pewnego bankowca, który miał dopilnować, aby statek wrócił bezpiecznie do Islandii. Chodzi oczywiście o ustalenie, co stało się z pasażerami i czy będzie możliwe wypłacenie ubezpieczenia oraz jaki los czeka małą dziewczynkę, której rodzice zaginęli i pozostała tylko z dziadkami.

Mały jacht, z nietypową załogą (zamiast wykwalifikowanego członka załogi płynie bankowiec z rodziną), zdany na łaskę potężnego, niewybaczającego błędów, żywiołu. To moje czwarte spotkanie z najsłynniejszą islandzką autorką. Jak zwykle, kolejność czytania poszczególnych części cyklu nie jest istotna, nie trzeba więc kierować się datą wydania. Akurat ten wolumin pojawił się jako szósty. „Statek śmierci” to w równym stopniu kryminał, jak i przysparzający mocnych wrażeń thriller, czyli stan normalny u tej pisarki.

Z pierwszej połowy książki zwyczajnie wieje nudą, nie da się tego inaczej ująć, a uwierzcie mi, próbowałem. Moje utyskiwania tyczą się w głównej mierze wydarzeń na tytułowym statku, a dokładniej rzecz ujmując – jachcie, choć i na lądzie wcale nie rozgrywają się ciekawsze sceny. Autorce ani nie udaje się wciągnąć, ani zaciekawić czytelnika swoją opowieścią. Nie uświadczymy tu mechanizmów budowania napięcia, zwrotów akcji, a zakończenia rozdziałów, które pewnie w zamyśle miały być cliffhangerami – wypadają niezadowalająco. Kreacje bohaterów niczym nie urzekają – bliżej im do pionków w grze niż do wyrazistych, zapadających w pamięć osobowości. Niestety, nawet sekretarka Thory – Bella, prezentuje się rozczarowująco ze swoimi humorystycznymi popisami, a właściwie ich brakiem. Jeśli zaś mowa o jej najlepszych występach, polecam inną część cyklu, pt. „W proch się obrócisz”. Już tak mam, że gdy sięgnę po jakąś książkę to, mimo wszystko, zawsze chce doczytać do końca – i to chyba właśnie główny powód, dla którego skończyłem „Statek śmierci”. Smutne to, gdyż Yrsa zdążyła mnie przyzwyczaić do czegoś zgoła odmiennego.

Książka pod wieloma względami przypomina „Pamiętam cię” tej samej autorki, a to choćby za sprawą konstrukcji fabuły – są rozdziały dotyczące obecnej sytuacji na lądzie (z Thorą w roli głównej) oraz te, które mają nam powoli przybliżać zdarzenia z feralnego rejsu jachtem. Również zbieżne jest to, iż obie pozycje jawią się na początku jako powieści grozy i w obu prawdopodobny jest udział sił nadprzyrodzonych. Poza tym, mamy do czynienia z zamkniętą przestrzenią: tam wyspa, tutaj jacht. W „Statku śmierci” nie ma jednak równomiernego rozkładu co do obu wątków, czasem przez kilka rozdziałów pozostajemy przy obecnych zdarzeniach, żeby na pojedynczy fragment przenieść się na tytułowy statek. Yrsa od początku stawia czytelnika, i to wielokrotnie, przed faktem dokonanym, każąc domyślać się, co doprowadziło rejs do tak enigmatycznego efektu. Wyjściowo jest tylko pusty, wpływający do portu statek, a wraz z jego przybyciem tysiąc pytań co do przebiegu podróży i losów załogi. Tak samo dalej, gdy trup ściele się gęsto, zostajemy postawieni przed faktem dokonanym, nie znając przyczyn, które doprowadziły do tej czy innej śmierci.

Na szczęście druga część „Statku śmierci” przedstawia się dużo lepiej od pierwszej, jednak nie sposób napisać, iż rozpływam się nad nią w zachwytach. Niezbyt pomaga książce fakt, iż cała tajemnica posiada prozaiczne podłoże, bez tzw. drugiego dna. Wyłaniają się kolejne trupy, nawarstwiają pytania, a nie wolno również zapominać o zakończeniu, które wielu czytelników zaskoczy, a być może też wzruszy. Ponadto, muszę przyznać, że po lekturze książki obudziła się we mnie niechęć do morza i do statków – to pewnie można zapisać autorce in plus.

Niby to detal, ale zupełnie niedorzeczne było dla mnie, gdy mała dziewczynka wypowiada zdanie o treści: oczy mu się wywróciły, aż było widać białka. O tym, że w oku znajduje się białko, nie jest zaznajomiony każdy dorosły, a co dopiero dziecko. Również idiotyczny w kontekście całej książki wydaje się wątek perfum na statku. I naprawdę dziwię się islandzkiej autorce, że właśnie w tym czasie i w tym punkcie swojej kariery (w 2013 r. była już znana w wielu krajach) dobrała tak trudne i obce w oswojeniu się dla nie-Islandczyków imiona swoich bohaterów. Pytam się: dlaczego? Powinno być zgoła przeciwnie, ażeby czytelnik szybko się z nimi osłuchał, zamiast złorzeczyć autorce i specyfice jej ojczystej mowy.

Ostatecznie „Statek śmierci” okazał się dużym rozczarowaniem. Wiązałem z nim duże nadzieje, choćby z racji zarysu fabuły i tego, co do tej pory przeczytałem od Islandki. Yrsa niewątpliwie miała świetny pomysł na umiejscowienie akcji swojej książki, nie po raz pierwszy zresztą. Niestety sposób przelania idei na papier nie wypadł tak, jakby można było tego oczekiwać. W porównaniu z tym, co autorka pokazała we wcześniejszych dziełach cyklu o prawniczce Thorze, różnica poziomów (na niekorzyść „Statku śmierci”) jest znacząca. Uważam, że akurat tym razem użytkownicy lubimyczytać.pl przeszacowali jej ocenę. Rozpocząłem przygodę z tą serią od trzeciej części - „Weź moją duszę”, i to właśnie ten wolumin uważam za najlepsze dzieło Yrsy (znam już wszystkie części) i śmiało mogę go Wam polecić, natomiast „Statek śmierci” najlepiej byłoby sobie darować, chociaż fabularnie pozostaje idealnie skrojony pod wakacje.

Ocena: 5/10

Tłumaczenie: Małgorzata Bochwic-Ivanovska
Źródło zdjęć:  http://www.empik.com/statek-smierci-sigurdardottir-yrsa,p1075525445,ksiazka-p

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz