14 maja 2017

Co ja robię tu, gdy pada śnieg? / William Wharton "W księżycową jasną noc"



Grudzień, front zachodni, 1944 r. Narrator książki to jeden z żołnierzy – dziewiętnastoletni dowódca pułku. Akcja rozgrywa się w czasie teraźniejszym, sekunda po sekundzie, można by rzec. Wharton, ustami swojego młodego protagonisty, wspaniale snuje historię o zwątpieniu i ciągłym strachu, usłaną wieloma anegdotami z życia pozostałych bohaterów. Pisze przejrzyście i nazywa rzeczy po imieniu, serwując przy tym mnóstwo kolokwializmów, co tylko dodaje książce autentyczności. W końcu to wojna widziana oczami strasznie młodych chłopaków.


Przed lekturą znałem tylko pobieżnie życiorys Whartona. Dopiero w trakcie czytania tejże poznałem jeden decydujący fakt z życia autora, bo już miałem pisać: Patrzcie na tego Whartona – istny kameleon, raz wchodzi do łóżka dojrzałym kochankom, a teraz postanawia wskoczyć w kamasze, zabrać manierkę, granaty, naboje i strój maskujący, po czym wejść do zimnego, twardego okopu w przykrytym śniegiem lesie. Tak bym napisał, gdyby nie to, że pisarz był żołnierzem w II wojnie światowej we Francji i „W księżycową jasną noc” to właściwie kawałek jego autobiografii z dodatkiem fikcji literackiej, a na samym początku Wharton zaznacza, że „nazwiska osób występujących w tej mroźnej opowieści wigilijnej zostały zmienione ku ochronie winnych”. Twórca przelał na karty swoje własne frontowe doświadczenia, dzięki czemu stwierdzenie „nietuzinkowa”, nie będzie nadużyciem wobec książki. Nie zmienia to jednak faktu, że pisarz jest doskonałym kameleonem i potrafi bez problemu przedzierzgnąć się z romantyka w pacyfistę.

Już pierwsza scena, trochę niejasna z początku, udowadnia, że nie będzie to byle jaka książka. Potem takich scen – czy to rozśmieszających (śmiech możliwy nawet na takim tle), czy trzymających w napięciu, wręcz tragicznych, wzruszających i zaskakujących, będzie bez liku. Wiele z nich stanie Wam przed oczami jak żywe: razem z grupką bohaterów nie będziecie wiedzieć, co się w tym lesie tak naprawdę wyprawia.

To historia młodych ludzi, ba – w większości smarkaczy. Kulisy ich zaciągu do opisywanego pułku są bardzo znamienne dla obrazu wojny. Zwróćcie tylko uwagę na ich iloraz inteligencji, w porównaniu z innymi, którzy tradycyjnymi ścieżkami trafiali do oddziału (duża rozbieżność). William Wharton często czynił bohaterem książek swoje alter ego. To samo zrobił tutaj. Raczej nie będzie dla was problemem wytypowanie, która postać odpowiada najbardziej autorowi.


Bycie żołnierzem wcale nie jest usłane różami. Każdy z tych chłopaków radzi sobie na swój sposób z wszelkimi fizyczno-psychicznymi trudnościami, raz lepiej, raz gorzej. Snują wspomnienia, próbują zorganizować sobie to pozorne życie w całkiem niebanalny sposób, marzą o tym, co my mamy dziś w nadmiarze. A umiejętnie wplecione anegdotki odnośnie żołnierzy dodają tylko książce kolorytu: robią wrażenie zarówno te z przeszłości, jak np. historia rozdziewiczenia, oraz te wybiegające daleko wprzód.

Wharton nie upiększa, nie obudowuje fabuły w kunsztowne opakowanie, nie ocenia i niczego na czytelniku nie wymusza – po prostu relacjonuje, opowiada. Robi to w taki sposób, iż emocje i refleksje same się w nas pojawiają. Proza autora zaprezentowana w formie narracji jednego z żołnierzy to jedna z największych zalet książki.

Zapamiętam to dzieło także dlatego, ponieważ czytając je, towarzyszyły mi ambiwalentne uczucia. Otóż, z jednej strony ciekawość losów młodych bohaterów pchała mnie na coraz to wyższe numery stron, a jednocześnie nie chciałem go czytać, gdyż wiązało się to z wielkim dyskomfortem - momentami czułem się jednym z nich: w tym zimnie i brudzie, skazany na okopy i towarzystwo „kolegów-przyjaciół” z przymusu, zostawiwszy dotychczasowe życie, z wymalowanym na twarzy pytaniem - kiedy będę mógł wrócić? Dlatego o książce tej nie mogę powiedzieć, że jest jedną z wielu. 

Na szczęście w tym ohydnym marazmie niekończącej się rutyny i strachu, Wharton pozostawia zapaloną małą lampkę przy stoliku nocnym tak, aby koszmary nie dopadły nas całkowicie. Świadczą o tym lakoniczne odnośniki co do przyszłości bohaterów oraz to, co uczynili na koniec, w ekstremalnie trudnej sytuacji. „Do końca bądź człowiekiem, nie rezygnuj z nadziei” to stara nam się przekazać autor w swojej niedługiej, acz bardzo konkretnej książce.

Dzięki „W księżycową jasną noc” zaczniemy doceniać wszelkie święta spędzane w bezpiecznym, ciepłym domu wraz z bliskimi, na których nam zależy. Świadectwem rzetelności tej książki są osobiste przeżycia autora. Dzieło pod każdym względem warte przeczytania.
„Długo tak siedzę po ciemku, w pachnącym kurzem chłodzie strychu. Płaczę w samotności. Byłoby dla mnie – dla nas wszystkich – o wiele lepiej, gdybyśmy mogli dać sobie nawzajem pociechę i oparcie, którego tak potrzebujemy, ale młodzi mężczyźni nie potrafią dzielić wielkich emocji. Chyba dlatego na świecie stale wybuchają wojny.”

Ocena: 8/10

WYJAŚNIENIE:  Opisywany tryb funkcjonowania wojskowych może zdziwić czytelnika, wydać się absurdalny. Jednak ma on swoje odzwierciedlenie w historii. Tzw. „dziwna wojna” miała miejsce na froncie zachodnim, po ofensywie w Saarze. Autor nie wspomina o tym bezpośrednio, ale da się to wywnioskować z lektury. Informacje te są istotne, zwłaszcza dla kogoś, kto pomyślałby, że Wharton tak właśnie postrzegał całą wojnę – otóż nie.

1 komentarz:

  1. Świetna recenzja :) Na pewno kiedyś sięgnę po tą książkę :)
    MÓJ BLOG - KLIK

    OdpowiedzUsuń